niedziela, 30 marca 2014

More sensible things

Cześć wszystkim. 
Tytułem wstępu powiem Wam, że oczywiście szkalujące opinie co do ludzi z Erasmusa, [tzw. "erazmusów", przyp. red] są często trafne, w końcu ile razy słyszałam, że przyjechał do Polski, bo alkohol tu jest tani, dziewczyny ładne i chociaż na początku ciut oporne, to koniec końców chętne, ALE można znaleźć i wyjątki, potwierdzające, że z ludzkością nie jest aż tak źle. Dobra, bo teraz wyjdzie, że jestem uprzedzona - w naszej umiłowanej Czwartej ErPe jest tak wiele chusteczkowych ludzi, że przypada na nich więcej wyjątków, niż na specyficzną mniejszość łódzko-kawiarniano-klubowych erazmusów, dlatego kontrast jest większy. Tak więc gdyby mój wyjątek władał polskim obiegowym, powiedziałby pewnie uniwersalną od wielu lat frazę "muszę się ogarnąć". W angielskim fraza wyglądała jak I want to focus on more sensible things. Nie chcę go jakoś gloryfikować, bo na pewno swoje za uszami ma i napisał mi to po którejś z imprez, ale na moje Like what? powiedział o swojej magisterce, o tym, że chce pojeździć i pozwiedzać Polskę, pouczyć się języka, uprawiać sport... I szczerze? To jest tylko ziomuś, z którym piszę sobie smsy, względnie codziennie i może chciał po prostu dobrze wypaść. Może, ale to nie jest takie ważne. Ale zainspirował mnie do tych sensible things, serio. 
Cały ten zaczyn erazmusowy był mi potrzebny do klasycznego wstępu typu "Założyłam ten blog, bo...".
Otóż bardzo długo nie pisałam. Cholernie długo. A zaczęłam dawno temu, kiedy wszyscy pisali na Onecie, dziewczyny zakładały tzw. "teen blogi", farbowały go na różowo, wstawiały glittery i ubierały candy dollsy (ja też ubierałam xd). Miałam też bloga o Larze Croft, bloga o fantastyce, blog-pamiętnik... Ale wszystko jakoś samo wygasło. A wiecie, co jest najśmieszniejsze z tego wszystkiego? Że wygasło wraz ze startem studiów polonistycznych. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę - chyba na pierwszym roku coś jeszcze skrobałam, ale już bez werwy. Nawiasem mówiąc - te nasze studia, pomimo otwarcia oczu na wiele rzeczy, na coś też zamykają. Nie wiem, co zdarzyło się na pierwszym roku, może to przesyt tekstami, które musieliśmy czytać a które albo były paskudnie nudne albo paskudnie niezrozumiałe... No idea. Ad rem - długo nosiłam się z zamiarem założenia nowego, bo w człowieku powstaje czasami jakiś wewnętrzny ucisk na żyłkę, która zamienia się stopniowo w delikatne pragnienie, ewoluuje w potrzebę a potem w naglącą potrzebę. Stadium końcowe to jest już żądza kartki albo klawiatury [stadium "pisać, kurwa", przyp. red]. Jednakże bardzo kiepsko idzie mi przechodzenie do czynu, zawsze było coś, co było niepokonywalną przeszkodą - bo nie mam grafiki, jaką chciałabym mieć na blogu, bo blog.pl ma jakieś durne szablony, bo książka, a może by sprawdzić maila?, ooo, powinien być już nowy odcinek Mentalisty, a w sumie to nie chcę tego bloga... No. Zdecydowanie niezwykle nierozwiązywalne dramaty, ale dobra. Blog już jest i ja się cieszę : ). Freud byłby ze mnie dumny - w końcu daję ujście moim ciemnym pragnieniom i napięciom, które mogły powodować tyle cierpienia^^.

Dekalodz to jest jedna z tych sensible things

Następna jest taka, że chciałabym jednak ograniczyć imprezy; jedna albo nawet dwie w tygodniu to jest jednak dużo. Za dużo. Za dużo czasu traci się na przygotowanie a potem dnia następnego na ewentualne umieranie albo przymieranie, nie będąc w stanie zrobić czegoś pożytecznego. Za dużo dla organizmu, który jednak potrzebuje trochę czasu na regenerację... Wszystkie kiszki muszą wrócić na swoje miejsce ze stanu wywinięcia a płucka potrzebują tlenu, żeby się rozkurczyć i zaróżowić... No i kasa - alko i faje, czasem coś do przygotowania na domówkę albo taksówka... kiepska sprawa. 

Kolejna rzecz to licencjat. I w sumie praktyki zawodowe. Kurde, zdałam sobie sprawę, że zaczyna się kwiecień, a ja jak stałam, tak stoję, bo też zawsze jest "coś". A przecież to licencjat i praktyki powinny mnie teraz obchodzić w stopniu najwyższym, bo od tego uzależnione jest ukończenie pierwszego stopnia. Jednak jestem po części jebanym leserem; robię dużo, ale to jest rozdrobnienie, rozpylenie w rzeczy mniej istotne. Hahaha, teraz przyszło mi na myśl, że gdybym jeszcze była zakochana i miała kogoś, to mogłabym mówić, że o, to jest właśnie sprawa istotna i nauka owszem, ale latam w chmurach i nie wiem, kiedy naprawdę dotknę Ziemi. Tymczasem i tak zbyt rzadko dotykam Ziemi (na głowie kwietny ma wianek, w ręku zielony badylek...), nie posiadając żadnego marnego usprawiedliwienia oprócz marzycielstwa i lęku przed działaniem^^.

Na listę podciągnęłabym też sport, co wiąże się też z ograniczeniem imprezowania, bo faje niestety okropnie utrudniają oddychanie... Wiele osób mówi mi, że nawet jak palą dwa, trzy szlugi dziennie, to im to nie przeszkadza... Ja czuję każdego jednego peta przy bieganiu. Mimo, że po jakichś dziesięciu minutach biega się już w miarę dobrze to... fajnie by było iść biegać i czerpać z tego maksimum przyjemności. Co jasne, nie zaczynam od zera, bo Ewcia Chodakowska jest ze mną od grudnia (xD), biegam, pływam i ściankuję, kiedy mam okazję. No, jeszcze slackline. Ale chciałam zrobić eksperyment górski - czy kiedy pojadę latem w Tatry, albo nawet na majówkę w Karkonosze - to czy od razu poczuję różnicę. No i chciałabym kiedyś mieć naprawdę ładny, płaski brzuch, czego nie miałam nigdy w życiu ;]. Był mniejszy albo większy, ale zawsze z oponką w okolicach pępka. Wiecie, jakie to wkurzające? Niby możesz pokazać się w kostiumie dwuczęściowym, ale czujesz się trochę niekomfortowo wśród tych wszystkich ładnych brzuszków. I to jest kolejny postulat do ograniczenia ilości imprez i spożywanych napojów wyskokowych - brzuszek rośnie, psia jego mać^^. 

I chciałabym się też nauczyć lepszej organizacji czasu, bo niestety organizatorem jestem kiepskim. Zawsze dziwię się Malwce (;*) jak ona godzi wszystkie swoje zajęcia - uniwerek, czytanie lektur, wyjścia, praca w Rawie, praca w Dzienniku, fitness... To znaczy wiem, że dużo też robią dojazdy; jestem już przyzwyczajona, że od wyjścia z domu mam plus minus czterdzieści minut do centrum, co jeszcze zależy do jakiego miejsca chcę dojechać. Nie daj Boże (o nie daj, mówię całkiem poważnie!) do dzielnicy typu głęboka Retkinia albo jakieś dalekie Stoki... Całodzienna wyprawa, termosik i kanapki^^. Nie no, bazinga, ale w sumie całkiem niedaleka od prawdy. Ale taki np. czas w domu - myślę, że trochę go marnuję. Jeśli chodzi o czytanie na zajęcia to wiem, że mam jakiś durny sposób czytania, bo czytam dość wolno i często nie mogę się skupić... I wiem, że tą książkę można było przeczytać teoretycznie w jeden wieczór, ale zdecydowanie nie dałam rady tego zrobić. Albo mama każe mi zrobić to i to, pójść tu i tu... No niestety, mieszkamy tu wszyscy i mam jakieś obowiązki. Ale bardzo często żałuję, że mama nie pracuje i często jest w domu całe dnie, jeśli akurat gdzieś nie idzie a ma denerwujący nawyk przyłażenia do pokoju bo "akurat coś jej się przypomniało i koniecznie musi mi o tym powiedzieć", albo bezceremonialnie wparowuje ze swoją książką do angielskiego i każe sobie sprawdzać ćwiczenia. Ok, jeśli akurat nie robię niczego ważnego, no to nie ma sprawy, ale jeśli coś czytam, odrabiam swój angielski albo cokolwiek, co wymaga uruchomienia większej części mózgownicy, to... użyję jednego z moich ulubionych niecenzuralnych słówek - to mnie to rozpierdala. 
Słyszałam, że im mniej myśli się o czasie podczas (fajna gra słów, w sumie) wykonywania czynności, to tym więcej się go ma. Oczywiście w żaden magiczny sposób się go nie rozciąga, ale wiecie what I mean. Może i prawda, spróbuję kiedyś. Chciałam dodać - jak będę mieć czas ;].

Na razie koniec z wyliczanką sensible things, choć znalazło by się jeszcze kilka ważnych rzeczy. Last, but not least pomyślałam, że fajnie by było spotykać się w jakiejś grupce znajomych i po prostu pograć w jakieś gry. Planszowe, oczywiście. Przy piwku albo i nie, ale kurde... To ma taki swój klimat. Spotykamy się u kogoś na Tabu, u kogoś na Monopolly - przecież to jest zajawa! I coś innego niż impreza, niż picie czy oglądanie filmów. No nie wiem, jak bym chciała zrobić taki eksperyment, a może wypali ; )?

Jeśli chodzi o bloga, to oczywiście szata graficzna jest do wymiany i będę to sukcesywnie robić, ale muszę nauczyć się obsługiwać blogspot (choć na przykład interface postów jest bardzo podobny do onetowskiego) i wynaleźć grafikę, która usatysfakcjonuje mój wybredny gust (po raz kolejny przeklinam najbardziej niepotrzebną i najgłupszą reinstalację systemu, na którą w niewiedzy swej technicznej pozwoliłam, gdyż na starym, nieodżałowanym i świętej pamięci dysku miałam tyle fajnej grafiki, że... grrrr, same brzydkie słowa na myśli). Nie wiem jeszcze czy charakter bloga będzie stricte "kochany pamiętniczku" czy ruszę jakieś inne tematy, na razie jestem jak Leon Płoszowski - nie wiem, nie wiem, nie wiem.
Jest niedziela, chcę spędzić ją... w miarę sensownie ; ). Zwłaszcza, że wczoraj przez pierwszą część dnia byłam popracować na działce a drugą częścią była impreza, osiemnastka (kinderbal ;D!) Agatki (zdrowie D. po raz pierwszy!) i wszystkie związane z nią czynności przygotowawczo-dojazdowe.
Cóż - należałoby skończyć czytać Borowskiego, żeby mieć go już za sobą w całości i ogarnąć resztę materiałów do licencjatu. No i zrobić trochę ćwiczeń, ażeby dostąpić w końcu nirwany płucnej i energetycznej. Aj, no i angielski na jutro. Btw - dzięki, British Centre, zawsze siedzę przy waszych pracach domowych przez dwie godziny. Ha, tu mnie też boli zaoszczędzenie kilkunastu minut z okładem - moje dziwactwo polega na umiłowaniu mojego zwykłego, papierowego słownika Oxford Wordpower. Lubię w nim szukać i sprawdzać ; ). Ale w sumie trochę lepiej też człowiek zapamiętuje, takie mam wrażenie. No i są podane przykłady zdań z użyciem danego słowa albo konstrukcji... Cóż. 
Powracając do przerwanego toku - drogie British Centre, mam nadzieję, że dzięki wam zdam certyfikat Advanced, choć na razie nie widzę dla siebie miejsca w kręgu szczęśliwie ocertyfikowanych^^.

Dobrze, KOŃCZĄC, powiem Wam, że sam początek pisałam tak, jak bym była tym kolesiem z Dżumy (czapki z głów, panowie), który chciał napisać powieść, ale w kółko poprawiał i przerabiał pierwsze zdanie o jadącej na koniu amazonce, a w końcu umarł na dżumę; ja też wciąż poprawiałam pierwszy akapit, nie mogłam zebrać myśli i oddać ich w formacie Times new roman. Ale później szło już bardzo dobrze. I tak - to jest to : ). To jest ta wolność pisania, tworzenia nawet tak prozaicznej rzeczy, jaką jest blog. Aaaaa lubię pisać, w końcu to sobie przypomniałam, więc pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru : )! 
Pozdrawiam wszystkich ludzików, którzy dotrwali do końca notki, wszystkich ziomków znajomych i ziomków nieznajomych, którzy przez jakiś przypadek zaplątali się na nowo powstały blog, jakich tysiące w necie. Trzymajcie się ciepło i, mam nadzieję, do zobaczenia ;*


PS drodzy edytorzy, jeśli tacy się znajdą, jestem świadoma wiszących spójników. Niestety w okienku na blogu nie da się z nimi nic zrobić. Nie da się ich również powymiatać zbiorowo w Open Ofisie a Łerda niestety nie posiadam z braku licencji... Jeszcze pomyślę, ale na razie niech zostanie tak, jak jest.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz