Cześć, kochani.
Na tapecie, wszędzie, gdzie się nie spojrzeć, jest praca z ciałem (Ewcia, Mel i te sprawy), mam dziś ochotę napisać właśnie o tym. Nie tylko, oczywiście. Na tapecie jest też ostatnio temat pewności siebie, przedyskutowany ze Śliwą (;*) wiele razy. Moja fizyczność była dla mnie kiedyś katastrofą i rzutowała bardzo, bardzo na łepetynę. Teraz nie jest tak źle a zmiana jest całkiem ciekawa ; ).
Jako nastolatka (I mean 13-16 lat) okropnie nie lubiłam swojego wyglądu; z podstawówki do gimnazjum przeszłam z przekonaniem, że podobam się sobie. Nosiłam się specyficznie, bo np. uwielbiałam kolor niebieski i mogłam przyjść do szkoły od stóp do głów ubrana na niebiesko. Miałam krótkie włosy, ścięte na pazia, albo na bombkę, jak kto woli. Ale wiadomo, podstawówka niekoniecznie jeszcze jest czasem zgłębionej autorefleksji, po prostu się jest i całkiem się siebie lubi. No chyba, że w szatni przed wuefem, wszystkie łapałyśmy się za fałdki na brzuchach i szczebiotałyśmy, jakie to nie jesteśmy grube, pamiętam ;p. "Zobacz na moje sadło, muszę schudnąć!", "No co ty, chciałabym być taka chuda jak ty!". W gimie wszystko zaczęło mi się przestawiać. Podczas dojrzewania różne partie ciała rosną podobno w różnym tempie, mnie np. urósł nos, a jeszcze bardziej urósł w moich wyobrażeniach ;]. Nie no, jak patrzę na zdjęcia, to rzeczywiście był nieproporcjonalny względem twarzy. Jak poskanuję zdjęcia (Malwino, rozpoczęłaś modę na porównywanie zdjęć z przeszłości z tymi teraz ;p) to sobie zerkniecie. W każdym razie - nie mogłam na niego patrzeć bez dojmującej chęci rzucenia się z krawężnika albo powieszenia na skarpetce^^. Fryzura też przestała mi pasować, zwłaszcza, że włosy z prostych zrobiły się lekko kręcone i paź zaczął się "sianowacić". Przy okazji - jak przyszłam do salezjanów, to byłam ostatnim rokiem szkoły prywatnej, dużo więc było dzianych, odpicowanych dzieciaków. Oni też skutecznie uświadomili mi, że mój styl to zdecydowanie nie ich styl ;]. Znaczy nie byłam obiektem stałych drwin czy coś, ale jakieś łagodne docinki były. Poza tym te wszystkie ładne dziewczyny, wcielenia głównodowodzącej grupy cheerleaderek z amerykańskich filmów, nosiły długie włosy i kompletnie inne ciuchy, samo patrzenie na nie sprawiało, że we wszelkich porównaniach wypadałam nie tyleż słabo, co... w ogóle nie wypadałam. Btw dlaczego dziewczyny wciąż i wciąż się porównują? To napędza straszne doły... ech. Myślę, że nie było tak źle, ale wtedy kompletnie to mną zachwiało, nie mogłam utrzymać mojego stylu i przekonania, że się lubię. I co zrobiłam? Poszłam w glany xD. Taaak... Nie pomogło mi to specjalnie, ale w glanach, czarnych ciuchach i z Systemem w słuchawkach czułam się pewniej. Generalnie dość kiepsko było w tym czasie, osobowość emo to byłam ja, wypisz wymaluj. Najgorzej było w kontaktach z chłopakami, a to byli zwyczajni koledzy z klasy... Trochę tak mam do tej pory, czuję się niepewnie, często nie mogę być naprawdę swobodna. Upierdliwe toto, żebyście wiedzieli.
W sumie nie wiem, kiedy mi się zmieniło, chyba, jak wychodziłam z dojrzewania, tak naprawdę druga, trzecia liceum. Były też takie małe przebłyski; pamiętam jeden angielski, kiedy do sali wszedł jakiś facet, deczko zdezorientowany, pytając, czy jest tu Ania. Pani Geremek spytała się go, czy Ania Skurska. Nie wiem w sumie, czego chciał ten koleś, bo jego wzrok jakby tęsknił w tamtej chwili za rozumem, ogarnął klasę i spojrzał się jeszcze raz na babkę. A ona mówi "To ta ładna przy oknie". Facet nie mnie szukał, ale to nieważne. Zamurowało mnie po tych słowach, rozbijało mi tylko czachę to jedno "ładna"... Raczej nikt mi tego nie mówił, zawsze ładny był ktoś inny. Ale wiecie co? To było mega, taka mała cegiełka do nowej nadbudówki : ).
W polubieniu własnego ciała pomógł mi też bardzo... Adam. Kurde, facet, zwłaszcza, kiedy jest ojcem, naprawdę MUSI umieć powiedzieć córce, że ładnie wygląda. Albo chociaż w inny sposób dać jej znać, że totalnie akceptuje ją taką, jaka jest. Mój, co jest proste i logiczne, biorąc pod uwagę mój wywód - nigdy tego nie robił. Nigdy nie lubił moich długich włosów i często pytał, czy nie chcę znów mieć krótkich (czasem i teraz to robi). Kiedyś nawet zapuścił tekst, czy myślę, że będę się podobać przez dbanie o wygląd i ubieranie się w modne ciuchy. I było to pytanie napastliwe, wyłuszczające mi jasno, że już zaczynam się psuć i przedkładać opakowanie nad zawartość. Kurwa, serio, jak czasami sobie przypomnę jego teksty, to mi słabo, takich rzeczy nie można mówić nastolatce, będąc jej ukochanym tatą^^. Czułam się zawstydzona i jakby... poniżona. Jakby pragnienie bycia ładnym było samo w sobie złe i jakbym rzeczywiście była durną dziewczyną, myślącą tylko w co by się ubrać! Fatalnie się wtedy dogadywaliśmy z ojcem. On też chyba nie był przygotowany mentalnie na to, że już nie jestem dziewczynką i chciał mnie jeszcze na trochę upupić (haha, nie ma to jak psychologia z Charakterów albo Zwierciadła). Za to Adam mówił i mówi mi bez problemu "wyglądasz świetnie", "jesteś super"... Cholera, to są takie banały, ale budują bardzo.
Ważnym etapem było pofarbowanie włosów na rudo. W tym czasie miałam te akcje ze szpitalami, gównianymi diagnozami i odwołanymi operacjami, była mi bardzo potrzebna ta rudość, dawała mi jakieś oparcie. Jak się coś złego dzieje z człowiekiem, to chce się mieć chociaż namiastkę kontroli nad własnym ciałem, dlatego też ta zmiana była potrzebna. Ale rudy to jest mój kolor i mój rys osobowości, jak to Paula mówi - ruda dusza : ). Lubię go, jest taki wyraźny, taki żywy i kobiecy. Wyróżnia z tłumu. Na razie nie wyobrażam sobie mieć innych włosów, bo czuję się w nich świetnie : ).
W końcu - rzeźba sylwetki (xD). Też była mi potrzebna, żeby wciąż obsesyjnie nie patrzeć na swój brzuch. I żeby poczuć, że to moje ciało, ono czuje się dobrze w ruchu, jest mocniejsze, sprawniejsze i bardziej giętkie.
Chyba doszłam do punktu, w którym akceptuję mój zewnętrzny zestaw genów. Jestem oczywiście nadal święcie przekonana, że mój nos mógłby być mniejszy, ale w sumie pasuje do twarzy, więc niech tam mu już będzie ; ). Szerokie ramiona - cóż, nie wszystkie dekolty będą się nadawać, żegnajcie też bufki. Niski wzrost - pechunio, jak mawia House. Tendencja do worków pod oczami - od czego jest korektor i maseczki rozjaśniające ;]. A, no i do pełni szczęścia brakowałoby mi mniejszego biustu, miseczka b byłaby pożądana ;p. Aaa, no i nie lubię widoku własnych stóp w sandałach (przybijam piątkę z Adą^^), ale łódzki klimat letni, porównywalny z klimatem Kairu albo innej Antananarywy, wymusza minimalną akceptację tej części ciała, zamkniętych butów nosić się po prostu nie da^^. Ale bez przesady, jest dobrze ; ). I jasne, że niejednokrotnie jestem daleko od tak pozytywnych myśli... Mam obsesję na punkcie bycia ocenianą, na wszystkich polach. Jak mnie coś takiego najdzie, jest gorzej. Staram się stopować myślowym "Skurska, przestań chrzanić!". Czasem pomaga. Czasem nie. Zawsze można się jeszcze trzasnąć po mordzie, to zawsze otrzeźwia ; ).
Nie będę dawać złotych rad bo takich nie ma, z resztą ta notka nie miała mieć nawet takiego kształtu, ona rodziła się w trakcie pisania ;p. Przekonywanie się do siebie to proces. Nie byłabym taka mądra, gdybym nie spotkała na swojej drodze ludzi, którzy mi w tym pomogli; biorąc pod uwagę ten głupi strach przed oceną innych ludzi - pozytywne oceny były prawdziwymi zaskoczkami. W sumie to nawet radościami ; ).
A już na sam koniec tego tematu - nie wierzcie w durne szepty w Waszej głowie - i tak wszystkie jesteśmy piękne!
Dobra, było coś dla ciała, teraz coś dla ducha.
Otóż - byłam dziś w kościele. Nie zawsze mi się zdarza, przyznaję. Czasem mi się nie chce i mam wrażenie, że stracę dużo cennego czasu, choć to oczywista gówno-prawda, bo zapewne koniec końców tyle samo zmarnotrawiłam na jakiś serial albo inne rzeczy. Inna sprawa, że często czuję, że mój kościół (w sensie mój konkretny, św. Wojciech na Chojnach) nie wnosi dużo do rozwoju mojej wiary. Ile miałam rozwinąć, to rozwinęłam sama. Na kazaniach często zdarza mi się wyłączać, bo - delikatnie mówiąc - nie porywa. Ale czasem po prostu potrzebuję pójść. Wtedy nie mam poczucia żadnego straconego czasu. No i spoko, pomodliłam się, powiedziałam o wszystkim, co tam ostatnio leży na wątrobie, pośpiewałam. I poszłam do spowiedzi. Coś czułam, że będę z tego powodu marudzić na blogu ;]. Oczywiście jako pokutę mam odmówić litanię do najświętszego serca pana Jezusa. GREJT. Szczerze? Nie widzę w tym krztyny sensu, przy szczerych chęciach. Otwieracie książeczkę, którą dostaliście na pierwszą komunię. Przez 5 minut klepiecie wezwania i "módl się za nami", na których nawet nie potraficie się skupić a robicie to tylko dlatego, żeby... nie mieć wyrzutów sumienia, że tego nie zrobiliście. I co, rozszerzyło Wam się serce i pojaśniało Wam w oczach? Nie potrafię modlić się litanią. Ani różańcem. Chociaż słyszałam, że modlitwy polegające na powtarzaniu to pewnego rodzaju mantry, coś na kształt medytacji. Ale to tylko teoria. Dostawałam ciekawe pokuty. Na przykład żebym poobserwowała siebie, postarała się rano i wieczorem odmawiać modlitwę, ale taką od serca. Albo żebym co wieczór robiła podsumowania, co w danym dniu było dobre, co mi się udało a co było złe, czy może zrobiłam coś, czego nie powinnam, takie podsumowanie w każdym razie i dziękczynienie za miniony dzień. I takie pokuty są w porządku, coś wnoszą, skłaniają do zastanowienia i nie są stronami zadrukowanymi litanią. Ech.
I teraz coś o kościele, ale nie do końca xD. Jest u nas jeden ministrant-lektor o tak niesamowitym głosie... Ludzie, umieram, rozpuszczam się, topię i skapuję pod ławkę, kiedy on czyta. Niska, głęboka, ciepła barwa, idealna do radia. Dziś była ta długa ewangelia od wjazdu do Jerozolimy do śmierci, u nas czytają ją na role, więc on też czytał i to całkiem długo ;D. Dodam jeszcze, że jest blondynem. Iście wybuchowa mieszanka ; ).
Na światłach przed kościołem spotkałam dosyć daleką koleżankę z ojcem, mistrzem rozmów nieistotnych. Miałam jakiś kiepski, mrukliwy nastrój, byłam niewyspana po urodzinach Ady i w ogóle nie miałam ochoty na gadkę typu "no tak, ciepło nam się zrobiło, wiosna już przyszła" i przypomniał mi się profesor Bocheński i jego ukochany Witkacy, który nienawidził rozmów nieistotnych. Zgodziłam się z nim na początku, ale potem naszło mnie "Skurska, a kim ty jesteś, żebyś swoją burkliwością w jakikolwiek sposób gardziła kimś, kto jest w porządku, chce być miły, ale jesteście dalekimi znajomymi i wiadomo, że nie pogadacie sobie nurzając się w głębokościach egzystencjalnych. Tak nie można, przestań, to okropne!". Tak więc doszłam do wniosku, że rozmowy nieistotne istotnymi są i że czasem zachowuję się/myślę w sposób kretyński. Ale nie, spoko. Myślę, że to dziś miałam taką awersję, nie chciało mi się gadać z nikim.
Dobra, kochani, lecę spać. Jutro praktyki. Poza tym niedospałam, strasznie mnie już morzy.
Trzymajcie się ;*
Anno, uwielbiam Twoje poczucie humoru :)
OdpowiedzUsuń