niedziela, 23 listopada 2014

Kroniki tatrzańskie

Witam Was, kochani. Jak patrzę na datę ostatniego posta, to łapię się za głowę. Co poradzę, że dopiero teraz naszła wena? "Teraz" jest owocem wyjazdu w góry "dla podratowania zdrowia", zwłaszcza psychicznego, bo z tym ostatnio ciężko. Muza zjawiała się w różnych momentach, każąc pisać na kolanie albo w schronisku w starym zeszycie od SCSu, gdzie zachowało się sporo pustych kartek (ekologiczne wychowanie zakazuje wyrzucać niezapisane w przynajmniej 70% zeszyty). No to zapraszam do czytania i oglądania zdjęć : ).

Muzyczka towarzysząca:
Mezo Sacrum
Budka Suflera Cień wielkiej góry 





11. 11. 2014

W przedziale siedzi ze mną świetna parka. Po pierwsze - kompletnie nie są nachalni z amorami w stosunku do siebie. Oswojeni z dotykiem, stykają się nogami, czasem wykonują delikatne gesty, ale nie są "przyssani". Rzucają sobie uśmiechy, potrafią zachować dystans. Chyba nie są świeżo zakochani. Po drugie - traktują się po kumpelsku; gadają sobie, mają wspólne tematy i w tym wszystkim czuć dobre porozumienie. Po trzecie (wnioskuję z rozmów) - zdecydowanie są ludźmi kultury - książki, ilustrowanie i projektowanie książek, koncerty... a laska szkicowała jakieś wzory skarpet (dobra, to już wychodzi poza kulturę jako taką, ale wygląda na to, że zajmuje się tym zawodowo ;)). Kurczę, taką parę, taki związek chciałabym z kimś tworzyć.

Jakieś czterdzieści minut do Krakowa, potem bus do Zako.

Zakopane jest niezwykłe o tej porze roku. Szłam do kościoła, wszędzie pusto i cicho. Zdałam sobie sprawę, że gdy miasto żyje sezonem, to pełne jest szumu ulicznego, odprysków muzyki puszczanej w knajpach, głosów... Teraz tego nie ma, brakowało tylko tych pustynnych kul, które toczą się z wiatrem w exemplach westernów. To piękne!
Jutro Giewont i wyprawa do biblioteki + Muzeum Tatrzańskiego w poszukiwaniu inspiracji do magisterki. Może będę mieć szczęście głupiego i spotkam Antoniego Kroha?





12. 11. 2014

Strążyska - Giewont - Kondratowa.
Czuję się świetnie. Właściwie, jakbym stąd nie wyjeżdżała. Albo przynajmniej jakbym zapadła w dłuższy sen gdzieś w połowie września i znów obudziła się tu, gdzie zasnęłam. Trochę zmian jest, tata miał rację - słońca prawie nie ma, co nadaje górom smutny posmak. Ten smutek na mnie jednak nie działa, nie jest w stanie; za bardzo się cieszę, że tu jestem. Za bardzo czuję się szczęśliwa, aby poddawać się melancholii. Z resztą "smucenie się" natury jest takie normalne... Zupełnie inne i mniej przygnębiające niż ten wieczny płacz łódzkich murów.
Właśnie zjadłam największy kawałek ciasta, jaki można zjeść w Polsce za 6 zł. Piernik z Kondratowej <3. W schronisku, oprócz mnie, sześć osób, każdy wchodzący mówi głośne "dzień dobry".
Właściwie to się nie znamy, ale wzbudzacie we mnie przyjazne uczucia, rzuciła jakaś babka nowo przybyłej parce.



Cytaty z utworów Władysława Krygowskiego, wiszące na ścianie schroniska:

1. Do gór trzeba dorastać, a nie obniżać góry do siebie.
2. Szukaj więc wciąż swoich gór i dolin. Nie zadowalaj się tym, co zdobyłeś. Zdobyte już się nie liczy.
3. Każdy z nas ma jakąś górę. 



Mały pechunio - tak się złożyło, że ani Biblioteka Miejska w Zakopanem ani Muzeum Tatrzańskie nie mogą mi pomóc; w bibliotece trwa remont (liczyłam u nich na Śpiewaj ogrody Huellego, które oczywiście były, ale nie mogli mi ich wypożyczyć ze względu na burdel ogólny magazynu^^) a w Muzeum biblioteka przeżywa jakąś tragicznie papierkową robotę i generalnie to jest zamknięta, ale pani była dość miła i powiedziała, żebym wysłała maila a ona na pewno mi pomoże. Spoko.
Kroha oczywiście nie spotkałam, to byłoby zbyt piękne. Dobra, muszę iść do sklepu, potem wieczorek u Gośki i Maćka.
Czy już mówiłam, że jestem mega szczęśliwa? Nie? Sacrum, po prostu Sacrum.




13. 11. 2014

Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Suche Czuby - Kasprowy - Murowaniec.
Dziś pod kilkoma względami - trasa życia. Od Kondratowej do przełęczy, a nawet kawałek za - nikogo, nikoguteńko. Cudownie. Nieziemsko. Znów pusto i cicho, tylko świst oddechu. Słońce świeci blade, jeszcze trochę grzeje, ale niezbyt mocno. Barwa światła o tej porze roku jest bardziej biała i jakby zimna, podkreśla kolor traw położonych przez wiatr, wypłowiałych zupełnie z jesiennych rudości. Chyba ostatnie takie podrygi ciepła w tym roku, czuję to na skórze, widzę to w ponurym, czarnym kolorze skał i zmatowiałej trawie.



Kozice - prawdziwe zatrzęsienie kozic! Pasą się blisko szlaku, w poważaniu mając turystów, zazwyczaj przystających z wyciągniętą w ich stronę łapą albo robiących im zdjęcia. Spotkałam je jeszcze przed przełęczą pod Kopą Kondracką, potem przy Przełęczy Świnickiej. Jedna z kozic przebiegła mi drogę w odległości trzech, czterech metrów! Ładne te zwierzęta; na zimę sierść z lekko rudej stała się ciemna, bardziej brunatna. Wbrew pozorom są dość niewielkie, ale mocno zbudowane + ich oczy z prostokątną źrenicą - coś niespotykanego!






W domu bawiłam się z Karolkiem. Lubię tego młodego, ale im więcej spędzam z nim czasu, tym bardziej przekonuję się, jak bardzo nużące jest posiadanie dziecka. A jakie niepraktyczne - jak tu z takim wyjechać w góry? Ok, to nie brzmi za dobrze, chyba nie jestem powołana do macierzyństwa^^.
Poza tym - przyjechał tata. Góry też mu służą, rzadko kiedy ma tak dobry humor. Mama najczęściej kręci głową z niedowierzaniem i przekąsem, mówi, że jesteśmy innymi ludźmi już na kilka dni przed wyjazdem w Tatry. Prawda to, co zrobić. Sacrum, po prostu. To błogostan Panie, pobłogosław chwile, gdy każdy problem to błahostka... Tu nie istnieje Uniwersytet Łódzki i pięć stale odwiedzanych bibliotek, jedyna obawa pod hasłem "nie zdążę" to "powinnam zejść z gór, zanim zajdzie słońce" (które zachodzi w okolicach godziny 16), tu nie ma Bochena, nie ma pogoni za erudycją, nie czuję się głupia i mała. Tu nie ma Michała Mazura. Nie ma ścisku żołądka i nocy, kiedy leżysz z szeroko otwartymi powiekami, modląc się o chociaż marne ochłapy snu. Oczywiście cała ta menażeria nie znika, ale jest zdystansowana i nie tak ważna, jak mi się zazwyczaj wydaje. Oswojona i do przezwyciężenia.



14. 11. 2014

Kuźnice - Murowaniec - Granaty - Kuźnice. 
Wycieczka z tatą. Mamy świetny kontakt, jak nigdy. Słońce ciepłe jak we wrześniowe, późne popołudnia, żółty szlak od Czarnego Stawu daje popalić niskim ludziom, ale efekt wart jest wysiłku^^. Zamarzyła nam się trasa na Krzyżne, wygląda jakby wystarczył rzut beretem i jesteśmy na przełęczy, ale czasówka na mapie nieubłaganie wynosi dwie godziny trzydzieści; dzień listopadowy nie jest tak hojny, pewnie w połowie trasy w dół złapałyby nas pierwsze ciemności... Jutro nigdzie nie idę, cztery dni wycieczek to za dużo na mieszczucha wyrwanego na parę dni z Łodzi^^. Tata wciąż myśli o zabawie Krzyżne-Granaty.






16. 11. 2014

Pociąg "Stoczniowiec", Kraków Płaszów - Gdynia Główna.
Może jestem ignorantem w temacie kolejowym, aczkolwiek zagadką pozostaje dla mnie wydłużenie czasu przejazdu do Łodzi z trzech i pół godziny do prawie pięciu. Pytam ja się: dlaczego? Mój Boże, mamy tylu logistyków w kraju, to jeden z popularniejszych kierunków dla tej części społeczeństwa, która nie potrafi wyraźnie określić zdolności swojego umysłu. Nie ubliżając logistykom, oczywiście. Są jak najbardziej potrzebni w kraju, gdzie burdel logistyczny rok w rok osiąga punkt krytyczny.
Siedzę sobie sama w przedziale i patrzę w okno - wszędzie szaro i czarno, trochę mglisto. Rano nad górami kłębiły się zwaliste chmury, zwiastujące nieuchronny halny. Po drodze na dworzec minęliśmy tylko jedną bryczkę. 

Fajnie być homo viator, jeśli mogę tak powiedzieć o sobie i tym ogromnym przedsięwzięciu, jakim był kilkudniowy wypad w Tatry polskie, ale zawsze ;]. Nawet na tę tatrzańską miniskalę - jest coś symbolicznego w podróżach. Zwłaszcza, jeśli celem jest powrót do siebie i utraconej równowagi.

Wolałabym jednak, żeby ktoś się do mnie dosiadł, zawsze mam stracha przed zostawianiem dobytku samego. Myślę, że strach ten jest w miarę uzasadniony... Ale przecież nie wezmę plecaka do kibla pociągu "Stoczniowiec"! 
To takie polskie!
Kiedy we wtorek wsiadłam w PKS do Zakopanego, który stał jeszcze dobre dziesięć minut na dworcu, złapałam się na tym, że boję się o mój bagaż, spokojnie spoczywający w luku bagażowym. W pewnym momencie palnęłam się w czółko. Ten strach siedzi w nas tak głęboko... Niebezpodstawnie, jak mówię, ale dworzec w Krakowie - odremontowany i obłożony kamerami - nie jest już raczej miejscem, gdzie niezauważony przez nikogo facet (oczywiście w czarnych okularach, czarnym szaliku naciągniętym pod nos i w czarnej, skórzanej kurtce) zwinie czyjąś torbę z otwartego bagażnika. No i w sumie po co? Kasa, dokumenty i karty to przedmioty jakże bliskie sercu, jak najbliżej serca też się je trzyma. 
Kończąc wywód - rezolutnie popukałam się w czoło i uspokoiłam.

A propos spokoju - jestem spokojna. Niebywale spokojna. Przemyślałam parę spraw w górach. Gośka opowiadała mi kilka historii o ludziach, którzy dostali od życia potężnego kopa w tyłek i moje "problemy" w tym momencie stają się śmieszne, zupełnie nieważne. Są ważne, bo są moje, lecz w skali makro uchodzę za człowieka szczęśliwego i wypieszczonego przez los. Chyba po raz któryś już postanawiam, ale nieważne - POSTANAWIAM NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI. Po jaką cholerę srać się uczelnią, kiedy w rzeczywistej, niewymyślonej w mojej głowie hierarchii wartości ona jest taka... mało znacząca. Po cholerę przejmować się tak nauką, skoro z żadnego egzaminu i tak nie wyszłam z oceną niższą niż 4? Czy naprawdę tak istotne jest, co pomyśli o mnie Bochen i inni wykładowcy, których opinię cenię? Przecież nie muszę wciąż od nowa udowadniać przed nimi swojej wartości! Ci którzy znają swojego studenta już wiedzą, co o nim myśleć. 

To, co się liczy, to ludzie; to oni trzymają przy życiu w ciężkich chwilach i sprawiają, że życie nabiera żywych kolorów. Ważni są oni i ważne jest bycie szczęśliwym człowiekiem, na ile tylko jest to możliwe.
Być może moje przemyślenia w pociągu "Stoczniowiec" nie są niczym oryginalnym a ogólnie znanymi prawdami. Być może. Musiałam sobie jednak coś poukładać ; ). Dlatego nie czuję, żebym spadała z niebios do piekła. Żal było wyjeżdżać, ale na razie w Łodzi jest moje życie i serce a Zakopane do chwilowy skok do Sacrum. Może kiedyś ten stosunek się odwróci, kto wie ; ).




23. 11. 2014

Perspektywa dzisiejsza. Wiecie co? Zaczął się dobry czas. Jest dużo roboty i jak zwykle się nie wyrabiam, ale czuję, że w końcu wtoczyłam się na te właściwe tory. Polecam jakąś małą odskocznię w chwilach kryzysu. Polecam z całego serca : ).
Trzymajcie się!



niedziela, 22 czerwca 2014

Litania do świętej Anny

Święta Anno, panno nieskalana...

Witam wszystkich kochanych ziomków. Wybaczcie za przerwę na blogu, sesja nie tylko skutecznie wyciska człowieka z czasu, siły i chęci, ale też weny. Niestety wszystkie wymienione czynniki powinny koegzystować, inaczej sytuacja wygląda mniej więcej tak: "no napisałabym coś, ale powinnam się uczyć (Miłosz był na tyle usłużny, iż nie pozwolił, żebyśmy zbyt prosto nie pojęli jego twórczości)" albo "Hmmm, mam trochę czasu. Mam też serdecznie dosyć tekstu pisanego, dajcie mi serial! Z lektorem, oczywiście." No i tak to sympatycznie wygląda. A przynajmniej u mnie. Perfekcjonizm to rzecz straszna - albo robisz coś na 100% albo nie robisz wcale.

Święta Anno, bramo do świętości...

Kiedyś święte zostawały świętymi, bo ocaliły czystość. Wiecie, że mam duże szanse, żeby zostać świętą ;]? Bo wiecie, z biegiem czasu kryteria też się zmieniły, w końcu mamy XXI wiek, więc zachowanie przez całe życie bieli śniegu to prawdziwy wyczyn, za to powinni mi przyznać aureolę! Ciekawe, czy trzeba złożyć swoje CV, jeśli tak to muszę zrobić sobie nowe zdjęcie - w białej koszuli zapiętej pod samą szyją, w końcu trzeba pokazać, że jest się solidną firmą, nie? Pomyślę też nad jakimś przyjemnym warkoczem, w końcu długie, rozpuszczone włosy (o cholera, i to rude! Należy uwzględnić zmianę koloru na bardziej stonowany) to objaw rozchełstania ogólnego i wyzwolenia seksualnego, a fe! Co tam Legenda aurea i wszystkie żywoty świętych, żyła przykładnie i uczciwie, zachowała czystość i wstrzemięźliwość uczuciową do końca swoich dni. Przyznawała się, iż ma słabość do napojów wyskokowych, jednakże i tę zwalczyła, bez reszty oddając się literaturze, a zwłaszcza romansom Katarzyny Grocholi. Tak przynajmniej mogę sobie pofantazjować jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym nie wybrała drogi do świętości, śmiała się, udzielając wywiadu-rzeki katolickiemu Radiu Maryja.
RM: Czy od zawsze chciała pani zostać świętą?
AS: Muszę przyznać, że nie (lekki rumieniec). Zawsze marzyłam o wielkiej miłości... Mając dwadzieścia dwa lata i właściwie brak jakichkolwiek doświadczeń w sferze damsko-męskiej oraz brak perspektyw na takowe uświadomiłam sobie, że takie jest moje przeznaczenie. Mając w pamięci Sagę o wiedźminie Geralcie i jego przygody z przeznaczeniem, zrozumiałam swoje powołanie do świętości i pogodziłam się z tym, że to już tak zawsze... (spuszczenie oczu, potem ponownie z siłą i uśmiechem) Złożyłam więc aplikację! Jako zasługę podałam, ekhmm... wzorowe prowadzenie się. Niebawem otrzymałam odpowiedź. Moja kandydatura została rozpatrzona pozytywnie z post scriptum "życie zweryfikuje". Teraz jestem już stara (śmiech) i na najlepszej drodze do otrzymania aureoli roku, żywię szczerą nadzieję, iż słuchacze Radia Maryja zechcą wesprzeć mnie swoimi głosami.
RM: Tak, zachęcamy do głosowania wszystkich słuchaczy. Panią Annę możemy poprzeć, wysyłając smsa o treści SKURSKA na numer 8076, koszt jedyne 1,23 zł.
I to jest coś, proszę państwa. Tak, zdecydowanie mam wszelkie predyspozycje do świętości, może nawet trafię na pierwszą stronę niedzieli? Albo na okładkę Twista, żeby sensacją podnieść sprzedaż:
- Masz dwadzieścia kilka lat, jesteś młoda i... eee... masz jakieś atuty... Czy nie brakuje ci kontaktów z mężczyznami?
- (śmiech) Tak naprawdę do wszystkiego można przywyknąć. Cóż mogę rzec - lata praktyki. Na początku były we mnie jeszcze mrzonki, w końcu po aplikowaniu przechodzi się etap wstępny, można było zrezygnować. Szczęśliwie nic się nie stało, przeszłam "wstępniaka" i tak stałam się poważną kandydatką do tytułu Świętej XXI wieku. Czy nie brakuje mi kontaktu z płcią przeciwną? Czasem pytam jakiegoś faceta o godzinę, przyglądam mu się, studiuję jego wygląd, ruchy. To wystarcza.

Saint Anna, the queen of eternal virginity...

Hah, wena przyszła^^. Cóż mogę rzec, po prostu słabo się czuję w tym temacie. Zastanawiam się co i kiedy przegapiłam, że kiedy przyznaję się "nigdy z nikim nie byłam" (zdarzyło się kilka razy...), rozmówca reaguje "Naprawdę?!". Śmieszy mnie do tej pory niegdysiejsza rozmowa u ginekologa:
- Współżyje pani?
- Nie.
- (badawczy wzrok) Nie...? Nigdy? Ile ma pani lat?
- Dwadzieścia. Naprawdę nigdy.
Naprawdę bawi mnie ta rozmowa. Z lekkim odcieniem uczucia "ech...". Małe sprostowanie: nie pragnę wyrazić w tymże poście, jak bardzo mi zależy, aby stracić dziewictwo. Podkreślam zespół wszelkich składników obracających się wokół słowa "miłość", który do tej pory jakoś skutecznie się koło mnie przemykał. Ech.

Święta Anno, patronko cnoty...

Nie kazała na siebie czekać, na spotkanie przyszła punktualnie. Obawiałam się tego spotkania - w końcu pracuję w czasopiśmie o modzie, przez wielu uważanych za zepsute i promujące tzw. "niewłaściwe wzorce"... Zupełnie niesłusznie. Ania była trochę skrępowana, siedziała prosto z dłońmi splecionymi na kolanach, oblana dziewi... tj. dziewczęcym rumieńcem. Żeby trochę ją ośmielić, postanowiłam zacząć od pytania, które zazwyczaj ośmiela gwiazdy (np. Christina Auguilera, Keira Knightley), z którymi wywiady przeprowadziłam.
GLAMOUR: Co masz dziś na sobie?
ANNA SKURSKA:  Gorset od Vistoria's secret... O Boże, będzie musiała to pani wyciąć! Staram się naśladować własnym strojem pruderię czasów wiktoriańskich, lecz ludzie mniej... wykształceni mogliby nie zrozumieć moich intencji i potraktować moje słowa jako objaw rzeczywistego rozpasania. I tak tracę notowania, udzielając wywiadu do Glamour... Proszę napisać może tak... Stawiam na pewne marki, produkujące wygodne i trwałe ubrania. Na szczęście w modzie są spódnice maxi oraz midi, dlatego i święta może ubierać się w fajne, acz skromne ciuchy.

Śwęta Anno, stanico dawnych obyczajów...

Pisząc to właśnie spojrzałam się na suszącą się na wieszaku czerwoną kieckę, wypraną z dymu papierosowego po ostatniej imprezie xD. A propos tej imprezy (to właśnie po niej naszły mnie przemyślenia o świętości^^, nazwałam ją PAROstatek) to wciąż nie dochodzi do mnie, jak piwo w Łodzi może kosztować 10 zł. 1 0  p o l s k i c h  z ł o t y c h  za zwyczajne lane piwo z paskudną, chemiczną goryczką. Przy tamtym piwie Żywiec jest bursztynowym trunkiem o arystokratycznym smaku, warzonym naturalnymi metodami na ogniu brzozowym i przechowywanym w sosnowych beczkach ze szpuntem, w dodatku rozlewanym przez doświadczonych piwowarów z pokolenia na pokolenie przynajmniej od Potopu Szwedzkiego. Nie wiem, ile w tym klubie kosztował mój ulubiony, staropolski 'szot' (nie ważne, w końcu wódki nie da się popsuć ;]), ale nikt nie chciał się ze mną napić, ostatecznie zadowoliłam się niegazowaną Kroplą Beskidu z lodem. Dobra, jeśli chodzi o piwo, to jestem wybredna i lubię to >>>dobre<<<, ale od klubów aż tyle nie wymagam, tam nie pije się dla smaku ;].
Całkiem niedawno byłam na ściance z ojcem, potem poszliśmy na obiad, lecz wpierw stwierdziliśmy, że napilibyśmy się piwa, oczywiście w grę wchodziła Piwoteka, gdzie mój ojciec robi mądre miny i wymienia się z barmanem fachowymi uwagami o warzeniu i lokalnych browarach. Po trzech godzinach ścianki byliśmy zmęczeni i głodni, więc poczyniłam uwagę o wyczołgiwaniu się z Piwoteki. Ostatecznie wzięliśmy jedno duże na pół i szczerze mówiąc mogliśmy i tak lekko obić się o futrynę, takie z nas zuchy^^. Jestem ciekawa, co tata powie na mój licencjat. Po przeczytaniu mojej pracy maturalnej na ustną z polskiego zapytał, czy rozumiem, co napisałam i czy nie uznają mi tego za plagiat, bo widać, że przepisywałam zdania z książek.
...
Zachowuje się, jakby tylko on umiał pisać w tej rodzinie. Cóż ja mogę rzec. Ostatnio poprawił w mojej pracy Jana Kochanowskiego ("nie leda? Chyba nie lada").
Czytałam taki wywiad z Sonią Dragą (Wysokie Obcasy extra, czerwiec 2014), babką, która ma własne wydawnictwo. Mówiła dużo o literaturze popularnej. Szczerze mówiąc przekonała mnie do tego ostatecznie, że taka literatura jest mega potrzebna i to nawet w takiej ilości, jaka jest teraz na rynku. Próbowałam przekonać mamę do kilku rzeczy z naszej polonistyki i nie tylko. Zarzuciła wszystko. Nawet... Złodziejkę książek, którą uważam za jedno z bardziej mistrzowskich, nowszych dzieł, jakie czytałam! Mama, tak samo moja ciocia i babcia, zaczytują się kryminałami. Próbuję znaleźć jakiś klucz, który wyjaśniłby mi aktualną potęgę kryminałów. Czysta rozrywka? Ok, zgadzam się z tym.
Z wywiadu z Sonią Dragą:
Co czytamy?
- To, co odrywa od rzeczywistości. Mnie to zastanawia, bo nasza codzienność już nie jest szara. Jesteśmy wolni. Ale też codziennie tkwimy w gonitwie, mamy tak mało czasu, że jeśli po coś sięgamy, to po coś lekkiego, odrealnionego, dającego rozrywkę. Nie czytamy dobrej literatury, bo wciąż jesteśmy na dorobku, nie mamy na nią czasu. Ale nie powinniśmy się na to oburzać.
Dlaczego?
- Bo czytamy!
Co zarzucam kryminałom, to że nie działają na wyobraźnię i tak w sumie... Chyba mało nam dają, jeśli chodzi o szumnie nazwane "bogacenie naszego wnętrza". Prowadzą linearnie od poszlaki do poszlaki, podniecając ciekawość dalszej akcji, ale raczej nie wyobraźnię. Nie stawiają też na wyglądy, bo one nie są istotne. Eksponują różnego rodzaju patologie ludzkie typu "lubię sobie nożyczkami pokroić damskie trzewia" i denerwuje mnie to, że ich wielość w kryminałach spowodowała, że takie skrzywienie przestało być studium ludzkiej zwichniętej natury a właściwie było normą. No i działa to na naszą potrzebę sensacji (w łazience podejrzanego znaleziono kolekcję sutków odciętych zamordowanym kobietom - czujecie ten dreszczyk emocji? Zwęszyliście poważna dewiację?). Aczkolwiek:
Po co nam kolejny zamulacz, tyle że w postaci książki?
- Bo przyzwyczaja do obcowania z tekstem. Pokazał to cykl o Harrym Potterze - po nim młodzi ludzie zaczęli czytać inne książki. Poszli głębiej.
Tak też myślę, w końcu czytanie też przyzwyczaja do samej czynności. Po przeczytaniu kolejnej części Harry'ego człowiek czuł się pusty, czekając na następną. Jakoś tę pustkę trzeba było wypełnić... Pewnie podobnie było ze Zmierzchem, albo Greyem, może więc moje pokolenie podniesie trochę czytelnictwo? E. L. James dostała wiele maili w stylu "Dziękuję pani za tę książkę, dzięki niej po raz pierwszy od dwudziestu lat w ogóle coś przeczytałam".
Co oddaję mojej mamie - potrafi czytać książki historyczne. Czytała nawet książki o sztuce renesansowej, co już jest mistrzostwem. Przyznaję, że nawet się za to nie biorę...
A co z fantastyką, którą tak, Skurska, hołubisz? - ktoś spyta. Tak, jest to literatura popularna, o czym mówi sam mój mistrz Sapkowski. Chociaż czy ktoś mi powie, że Władca jest literaturą niską? Nie mogę się zgodzić. Ale co się tyczy utworów Sapka - rys fantastyczny jest tylko otoczką, pretekstem do omówienia problemów zupełnie aktualnych i uniwersalnych. Poza tym przekonałam się, że niektórzy moi wykładowcy lubią Sapkowskiego, więc jest w tym coś, prawda ; )?        

Święta Anno, matko w białych szatach...

Odnośnie jeszcze do książek - pytanie do polonisty, co będzie robił w wakacje. Będzie czytał^^. Kolejka książek "to read soon" rośnie w zastraszającym tempie. Dobrze, że w tym roku nie musimy w wakacje zajmować się literaturą obowiązkową... W tamtym roku dla przykładu do poduchy miałam Quo Vadis, Trylogię i trochę innych ciekawych rzeczy. Teraz zaczęłam Mgły Avalonu, najgrubszą książkę ever - 1347 stron w jednym tomie. Jej największą wadą jest właśnie jej objętość; nawet zdychając z ciekawości nie będę w stanie zabrać jej do torebki, gdyż jest rozmiarów pospolitego pustaka. 
Korespondując z blogiem Malwki - nie mam pojęcia co będę robić w wakacje, poza, oczywiście, kultywowaniem swojej drogi do świętości^^. Nie no, dobra. Nie jestem najlepsza w wynajdywaniu celów, do których chcę dążyć. W środku "dążenia" zazwyczaj okazuje się, że to nie jest to, do czego dążyć chcę albo wręcz do czego mogę. Wiem, że chcę pochodzić sobie po górach i to w najbliższym czasie się stanie. Wiem, że chcę poroznosić swoje CV do pracy w zawodzie, choć nie liczę na żadne rezultaty... Wiem, że chcę załapać jakąś pracę dorywczą, żeby nie być tak zależnym od rodziny i coś robić w wolnych dniach. I chcę ogarnąć tzw. dupę, żeby nie być wciąż w rozsypce uczuciowej i nie rozgrzebywać jej na nowo. Moje święte dziewictwo wcale w tym zakresie nie pomaga^^.
Nawet nie czuję, że mam wakacje, przyznam szczerze. Dziś niedziela (22. 03. 2014), zastanawiałam się np. dziś czy zrobiłam angielski na jutro a całkiem niedawno - co mamy na zajęcia do Bochena. Pewnie jakieś dwa tygodnie położą kres temu myśleniu. W każdym razie dziwnie myśleć o sobie jako o człowieku z wykształceniem wyższym, przecież wciąż jestem mentalnie nastolatką w domu rodzinnym, utrzymywaną przez mamę i tatę. Dobra, licencjat to jeszcze żadne wykształcenie, coś w rodzaju zawieszenia pomiędzy "mieć maturę", "być studentem" i "wypełniać pity". 
Aczkolwiek serdecznie pozdrawiam Skarga's Squad i Drużynę Czarnoleską, bardzo dobrze wspominam nasze Licencjaty 2014, choć nie powiem, żebym się wytańczyła ; ). 
Aha, będę po ślubie Sylwii rozjaśniać włosy, potrzebuję jakiejś zmiany. Już z kimś o tym gadałam - nie wiem na czym to polega, ale chęć zmiany życia dobrze realizuje się w tak prozaicznej czynności jak przefarbowanie włosów. Oczywiście pozostaję przy rudych, ale muszą być jaśniejsze, mam już dosyć tej kasztanowiśni czy nie wiem jak to, cholera, nazwać.
Dobra, tak jakby knot mojej weny zaskwierczał i zgasł więc powinnam skończyć tę notkę. Zwłaszcza po winku na oblanie licencjatu u ciotki i zwłaszcza po rewanżu naszych siatkarzy z Brazylią, gdzie mogliśmy poszczycić się bardzo okrągłym zerem do bardzo wybrzuszonych trzech.

Święta Anno, patronko wina na pociechę...

niedziela, 20 kwietnia 2014

Let's celebrate!

18. 04. 2014

Cześć wszystkim : ).
Tak mi się od paru dni nuci nieco weselszą piosenkę Happysadu, zapraszam do posłuchania w czasie czytania ; ).

Za oknem nieubłagana pora roku na W a ja przypomniałam sobie, że zeszłoroczną Wielkanoc spędzałam w Tatrach na Snowboardzie, na świętej górze pielgrzymek wszystkich ceprów, czyli na Kasprowym^^. Było paskudnie zimno i mgliście, ale to było to! Z wielkanocnych wrażeń warta wspomnienia była moda na zające ze śniegu, wyrastające na każdym podwórku. Bo wiecie - w Zakopanem sprawdza się doskonale teoria falowa Johannesa Schmidta - jedna innowacja ogarnia wszystkie podwórka wokół i im dalej od Zakopanego, tym nowość jest gorzej rozpowszechniona*. Tego lata na przykład innowacją był batut do skakania. Ludzie, to było dosłownie wszędzie - większe, mniejsze, malutkie, średnie i wręcz cyrkowe. Fenomenem zakopiańskich batutów było to, że prawie nigdy nikt na nich nie skakał^^. Mówię: prawie, bo mój kumpel, lat 23, robił to regularnie z przyczepionymi do butów tekturowymi nartami (zapalony narciarz, ćwiczył skoki i inne salta). Równie regularnie swojego batuta zarywał i z równym uporem naprawiał metodami domowymi. 
Co jeszcze przychodzi mi na myśl z zeszłego roku, to cukiernia Orawskie Ciacho i ich hektary ciasta, jeszcze w żadnej cukierni nie ukroili mi tak ogromnego kawała szarlotki ;]. Informacją uzupełniającą jest to, że byliśmy tam z ciocią i ojcem w Wielki Piątek, przed którym księża zawsze ostrzegają "trzy posiłki; raz do syta i dwa małe". Pochłaniając zdecydowanie antypostną strawę i zapijając antypostną kawą z tłustym mlekiem 3,2% byliśmy gromieni przez twardo poszczącą ciotkę xD.
Ach, świetna jest wielkanocna msza góralska; do kościoła przychodzą nie tylko starowinki w kwiecistych chustach, ale całkiem młode małżeństwa w kierpcach i tradycyjnych strojach... Serio, patrzeć na taki wzorzysty tłum jest czymś niesamowitym!
No ta, super. To sobie zrobiłam chrapkę na góry i Zakopane... Całkiem to było niedawno, wiecie? Popołudniowe słońce przypomina mi trochę popołudnie na wąskich ścieżkach grani Tatr Zachodnich... To tatrzańskie, o którym myślę, jest jednak późniejsze, bardziej pomarańczowe i pachnie rozgrzaną trawą... 
<chlast> Back to reality, Skurska! 
Alaae, ach, mam jeszcze jedną historię. Skurska, lat 10 idzie wraz z rodzicami z koszyczkiem do kościoła. Po poświęceniu tzw. jajeczek, robiliśmy sobie zdjęcia na Stawach Jana. Ciepło, słońce, obiektyw i jakże rodzinna atmosfera (jakie to dziwne, jak sobie teraz wspominam; jeśli chodzi o rodzinę, to były czasy "kompletne", a nie "patchworkowe", jak teraz). Ustawiałyśmy się z mamą do zdjęcia, tata ustawiał aparat. Nagle słyszę takie wściekłe PASZOŁ WON! ojca, następnie widzę go biegnącego za goldenem retrieverem, tryumfalnie dzierżącym nasz koszyk ze święconką w pysku xD. Matka stała chwilę jak wryta, a potem zaczęła zanosić się ze śmiechu, ku jeszcze większej wściekłości ojca, traktującego sprawę koszyk-gate bardzo poważnie ;]. Powiem Wam, że dobra akcja, chociaż szkoda było i koszyczka i święconki^^.


19. 04. 2014

Od wczoraj robiłam ciasto o chujowo niefortunnej nazwie, jaką jest mazurek^^. You know what I mean. Pozazdrościłam Śliwie, bo to w sumie dobre ciasto. U nas w rodzinie zawsze w wersji kajmakowej. Gadałam wczoraj z babcią, opowiedziałam jej, co piekę i poskarżyłam się, że chciałam zrobić jeszcze babę, ale że chyba poprzestanę na mazurku... w tym momencie babcia zaśmiała się "A niech cię ręka boska broni, nie rób już nic, bo nie wiem, ile będziemy jeść ciasta. Zrobiłam makowca, ciocia sernik, będą dwie baby, mój mazurek i twój.". Welcome in paradise ;D! 
A teraz akapit z dupy - nasza kultura jest kulturą wizualną, prawda? Nic, tylko byśmy oglądali jakieś obrazki i dzielili się zdjęciami (najbardziej śmieszą mnie sesje modowych "faszionistek", pokazujących pięćdziesiąt takich samych ujęć ręki obwieszonej biżuterią, różniących się tylko finezyjnymi odgięciami palców) i stało się to już czymś w rodzaju imperatywu. Stwierdziłam zatem, iż uatrakcyjnię posta małą relacją z pieczenia ciasta. Nie bójcie się, kadrów jest tylko kilka a moja gęba występuje w nich jedynie raz, głównym bohaterem jest tu ciacho ;]. Przepis, jasna sprawa, z mojewypieki.com.


Mleko w puszce - gotowałam bite 2,5h ale efekt powala - czysta krówka : )


I tu już wspaniały kajmaczek w całej okazałości blachy

 

















20. 04. 2014

Wszystkiego dobrego na Święta, kochani ; ).
Śniadanie wielkanocne jest bezsensem, jak Boga kocham. Chociaż zależy, jak się do niego podejdzie. Babcia, u której byliśmy na "śniadaniu" zastawiła stół, jak ma w zwyczaju, dla co najmniej dziesiątki osób; żurek w chlebie z Lidla, pasztet, wędlina, sałatka z brokułem, tradycyjna PRL-owska sałatka z gotowanych warzyw z majonezem i groszkiem, buraczki chrzanowe, jaja zwykłe, jaja z farszem z pieczarek^^.Potem ciasta, których sobie zdecydowanie nie odmawiałam ;p. By the way - mój mazurek jest cudowny, gorąco polecam przepis ; ). Babcia nigdy nie dowierza nam, że nie jesteśmy głodni, więc przygotowała jeszcze obiad - kaczkę z jabłkami i potrawkę z indyka. No wspaniale, a gdzie w tym wszystkim jest głowa? Dlatego właśnie optuję za obiadem wielkanocnym, siedzenie przy stole nie wydłuża się na cały Boży dzień. Taki plus tego śniadanio-obiadu, że święto czy nie święto, nie mamy skrupułów, żeby otworzyć wino, albo też wina, zatem obciążony system trawienny uzyskał niezbędny support^^. Aczkolwiek niczego sobie nie żałowałam, serwując sobie później deszczowy spacer i świątecznego killera^^.
Korespondując z wypowiedziami Malwiny - nie wiem, czy lubię czy nie lubię Wielkanocy, jako świąt rodzinnych... Bo wiadomo - w kościele to najważniejsze święto w roku, nie ma donioślejszego. Jeśli mam być szczera, to wszystkie święta już dawno się dla mnie "odświęciły", nawet Boże Narodzenie, które żyje totalnie własnym życiem, odrębnym od kościoła. 
Czasem dochodziłam do smutnej konstatacji, bo najlepiej świętuje mi się z naszymi Góralami, czy to święta czy czyjeś imieniny... Naprawdę czuje się, że rodzina jest zgrana i zwyczajnie lubi spędzać ze sobą czas, zawsze ma o czym podyskutować... I jeśli jesteśmy akurat w górach, nas też traktują jak rodzinę. Na stole stoi chleb typu bułka paryska, trochę wędliny, sera żółtego, skrojony pomidor i masło-niemasło marki Delma, ale człowiek czuje się po prostu dobrze i na miejscu i zawsze myślę sobie, że właśnie TO jest spełnieniem najpopularniejszych życzeń o chwilach spędzonych z bliskimi.
Ech.
Kocham swoich familiantów, oczywiście. Ale jednak średnio możemy się dogadać, co wychodzi na rodzinnych posiadówach. <plum> czar prysł.

A teraz będzie coś nieświątecznego. Ostatnio Maciej wypowiedział na głos moje osobiste przemyślenia; do niedawna nie bardzo wiedziałam, kim jest profesor Bocheński. Coś tam obiło mi się o uszy, ale żeby tak  połączyć nazwisko, żywą postać, katedrę... a dejta spokój! Teraz z kolei mam wrażenie, że niebawem otworzę lodówkę, a tam będzie Bocheński; zajęcia, wykład, spotkania autorami, wykłady w Niebostanie, warsztaty literackie, a wszystko sygnowane jednym nazwiskiem ;p. Plakaty ALPa nawet wizerunkiem bochenka chleba ;p. A z tą lodówką to nawet nie jest bardzo zabawne, bo moja mama czasem kupuje gotowe surówki i jest coś takiego jak "surówka bocheńska", jak babcię kocham! Zrobię Wam foto, jak tylko pojawi się u mnie w lodówce, na razie rządzą tam jaja, pasztety i inne specyjały.
A co do warsztatów literackich - chcę wziąć w nich udział, ale temat jest jak najdalszy od moich zapatrywań na życie, że użyję porównań geograficznych - jest odległy jak Kamczatka i niezdobyty niczym zimowy K2. Tematem jest >>>afirmacja<<<. 
Taaa. 
Ale od czego jest kreatywność.
  
Dobra, to chyba wszystko, nie za dużo, trochę kulinarnie, trochę osobiście. Trzymajcie się ciepło i spędźcie sobie czas jak tylko umiecie najlepiej i odpocznijcie od wszystkiego co szare i przyziemne. 
Buźka ;* 

*przywołana tu teoria falowa, zaczerpnięta z wykładu gramatyki historycznej z elementami scs-u jest tylko luźną interpretacją, służącą mi do stworzenia analogii. Nie bierzcie jej bardzo serio, proszę ; ). 


21. 04. 2014

Hej, miałam zakończyć notkę, ale muszę wypisać moje zdenerwowanie; mój tata, lat 50, ma się ostatnio za nie lada rebela i człowieka zdecydowanie opierającego się mainstreamowi, każdej tradycji i każdemu przejawowi tego, co powszechne. Fajnie. Ja też nie lubię tego "co wszyscy" i tego co "się powinno", nie cierpię wręcz. Lecz jest granica nieprzekraczalna, jaką są ludzie, na których nam zależy, albo teoretycznie zależy. Obiad u babci był umówiony o 14. Godzina 13.15 sms od ojca: będę na 15, nie czekajcie na mnie. Zajebiście. Asia wyjechała do Kościerzyny, więc od kilku dni jest sam, nie ma żadnych zobowiązań, sam ustala sobie czas. Przed południem wyszedł sobie na rower - proszę bardzo, ale do cholery, można wyjść wcześniej, żeby się nie spóźnić, tak?! Powiedziałam mu, że znów leci sobie w kulki, bo to nie pierwszy raz, jak tak robi, on "no to co, że się godzinę spóźniłem, powiedziałem, żebyście nie czekali". Nie no, fantastycznie. Nie widzieliśmy się jakieś dwa tygodnie, ale przy stole musiał gapić się w telewizor na arcyambitny sport, jakim jest snooker a potem skrytykował mnie, że chcę pracować w kawiarni, bo "przecież nie muszę pracować" (tak, alimenty już dawno z 800 zjechały do 600zł bo w pracy wiedzie mu się kiepsko) a poza tym to co to za praca, trzeba się szanować^^. Kurwa, jak słyszę takie coś, to aż mnie mrozi. Bo w każdym wydawnictwie przyjmą mnie, dziewczynę z prawie-licencjatem z otwartymi rękami, każda gazeta będzie się o mnie biła, a każde biuro graficzne wyśle delegację z zaproszeniem i powitalnym tortem ze stripteaserem w środku! Tak, mój tata buntownik z wyboru i chuligan wolności, wiecznie narzekający na stan swojego konta i mówiący jak to mu się w życiu nie układa. Nie chce mi się z nim gadać, nie chce mi się spierać na tematy, na które już dawno wyrobił sobie zdanie i nie odejdzie od niego nawet o pieprzony centymetr. 
Ok, wypisałam się. Ojcowie to ciężki temat^^. 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Dla ciała i ducha

Cześć, kochani.
Na tapecie, wszędzie, gdzie się nie spojrzeć, jest praca z ciałem (Ewcia, Mel i te sprawy), mam dziś ochotę napisać właśnie o tym. Nie tylko, oczywiście. Na tapecie jest też ostatnio temat pewności siebie, przedyskutowany ze Śliwą (;*) wiele razy. Moja fizyczność była dla mnie kiedyś katastrofą i rzutowała bardzo, bardzo na łepetynę. Teraz nie jest tak źle a zmiana jest całkiem ciekawa ; ).

Jako nastolatka (I mean 13-16 lat) okropnie nie lubiłam swojego wyglądu; z podstawówki do gimnazjum przeszłam z przekonaniem, że podobam się sobie. Nosiłam się specyficznie, bo np. uwielbiałam kolor niebieski i mogłam przyjść do szkoły od stóp do głów ubrana na niebiesko. Miałam krótkie włosy, ścięte na pazia, albo na bombkę, jak kto woli. Ale wiadomo, podstawówka niekoniecznie jeszcze jest czasem zgłębionej autorefleksji, po prostu się jest i całkiem się siebie lubi. No chyba, że w szatni przed wuefem, wszystkie łapałyśmy się za fałdki na brzuchach i szczebiotałyśmy, jakie to nie jesteśmy grube, pamiętam ;p. "Zobacz na moje sadło, muszę schudnąć!", "No co ty, chciałabym być taka chuda jak ty!". W gimie wszystko zaczęło mi się przestawiać. Podczas dojrzewania różne partie ciała rosną podobno w różnym tempie, mnie np. urósł nos, a jeszcze bardziej urósł w moich wyobrażeniach ;]. Nie no, jak patrzę na zdjęcia, to rzeczywiście był nieproporcjonalny względem twarzy. Jak poskanuję zdjęcia (Malwino, rozpoczęłaś modę na porównywanie zdjęć z przeszłości z tymi teraz ;p) to sobie zerkniecie. W każdym razie - nie mogłam na niego patrzeć bez dojmującej chęci rzucenia się z krawężnika albo powieszenia na skarpetce^^. Fryzura też przestała mi pasować, zwłaszcza, że włosy z prostych zrobiły się lekko kręcone i paź zaczął się "sianowacić". Przy okazji - jak przyszłam do salezjanów, to byłam ostatnim rokiem szkoły prywatnej, dużo więc było dzianych, odpicowanych dzieciaków. Oni też skutecznie uświadomili mi, że mój styl to zdecydowanie nie ich styl ;]. Znaczy nie byłam obiektem stałych drwin czy coś, ale jakieś łagodne docinki były. Poza tym te wszystkie ładne dziewczyny, wcielenia głównodowodzącej grupy cheerleaderek z amerykańskich filmów,  nosiły długie włosy i kompletnie inne ciuchy, samo patrzenie na nie sprawiało, że we wszelkich porównaniach wypadałam nie tyleż słabo, co... w ogóle nie wypadałam. Btw dlaczego dziewczyny wciąż i wciąż się porównują? To napędza straszne doły... ech. Myślę, że nie było tak źle, ale wtedy kompletnie to mną zachwiało, nie mogłam utrzymać mojego stylu i przekonania, że się lubię. I co zrobiłam? Poszłam w glany xD. Taaak... Nie pomogło mi to specjalnie, ale w glanach, czarnych ciuchach i z Systemem w słuchawkach czułam się pewniej. Generalnie dość kiepsko było w tym czasie, osobowość emo to byłam ja, wypisz wymaluj. Najgorzej było w kontaktach z chłopakami, a to byli zwyczajni koledzy z klasy... Trochę tak mam do tej pory, czuję się niepewnie, często nie mogę być naprawdę swobodna. Upierdliwe toto, żebyście wiedzieli.
W sumie nie wiem, kiedy mi się zmieniło, chyba, jak wychodziłam z dojrzewania, tak naprawdę druga, trzecia liceum. Były też takie małe przebłyski; pamiętam jeden angielski, kiedy do sali wszedł jakiś facet, deczko zdezorientowany, pytając, czy jest tu Ania. Pani Geremek spytała się go, czy Ania Skurska. Nie wiem w sumie, czego chciał ten koleś, bo jego wzrok jakby tęsknił w tamtej chwili za rozumem, ogarnął klasę i spojrzał się jeszcze raz na babkę. A ona mówi "To ta ładna przy oknie". Facet nie mnie szukał, ale to nieważne. Zamurowało mnie po tych słowach, rozbijało mi tylko czachę to jedno "ładna"... Raczej nikt mi tego nie mówił, zawsze ładny był ktoś inny. Ale wiecie co? To było mega, taka mała cegiełka do nowej nadbudówki : ).
W polubieniu własnego ciała pomógł mi też bardzo... Adam. Kurde, facet, zwłaszcza, kiedy jest ojcem, naprawdę MUSI umieć powiedzieć córce, że ładnie wygląda. Albo chociaż w inny sposób dać jej znać, że totalnie akceptuje ją taką, jaka jest. Mój, co jest proste i logiczne, biorąc pod uwagę mój wywód - nigdy tego nie robił. Nigdy nie lubił moich długich włosów i często pytał, czy nie chcę znów mieć krótkich (czasem i teraz to robi). Kiedyś nawet zapuścił tekst, czy myślę, że będę się podobać przez dbanie o wygląd i ubieranie się w modne ciuchy. I było to pytanie napastliwe, wyłuszczające mi jasno, że już zaczynam się psuć i przedkładać opakowanie nad zawartość. Kurwa, serio, jak czasami sobie przypomnę jego teksty, to mi słabo, takich rzeczy nie można mówić nastolatce, będąc jej ukochanym tatą^^. Czułam się zawstydzona i jakby... poniżona. Jakby pragnienie bycia ładnym było samo w sobie złe i jakbym rzeczywiście była durną dziewczyną, myślącą tylko w co by się ubrać! Fatalnie się wtedy dogadywaliśmy z ojcem. On też chyba nie był przygotowany mentalnie na to, że już nie jestem dziewczynką i chciał mnie jeszcze na trochę upupić (haha, nie ma to jak psychologia z Charakterów albo Zwierciadła). Za to Adam mówił i mówi mi bez problemu "wyglądasz świetnie", "jesteś super"... Cholera, to są takie banały, ale budują bardzo.
Ważnym etapem było pofarbowanie włosów na rudo. W tym czasie miałam te akcje ze szpitalami, gównianymi diagnozami i odwołanymi operacjami, była mi bardzo potrzebna ta rudość, dawała mi jakieś oparcie. Jak się coś złego dzieje z człowiekiem, to chce się mieć chociaż namiastkę kontroli nad własnym ciałem, dlatego też ta zmiana była potrzebna. Ale rudy to jest mój kolor i mój rys osobowości, jak to Paula mówi - ruda dusza : ). Lubię go, jest taki wyraźny, taki żywy i kobiecy. Wyróżnia z tłumu. Na razie nie wyobrażam sobie mieć innych włosów, bo czuję się w nich świetnie : ).
W końcu - rzeźba sylwetki (xD). Też była mi potrzebna, żeby wciąż obsesyjnie nie patrzeć na swój brzuch. I żeby poczuć, że to moje ciało, ono czuje się dobrze w ruchu, jest mocniejsze, sprawniejsze i bardziej giętkie.
Chyba doszłam do punktu, w którym akceptuję mój zewnętrzny zestaw genów. Jestem oczywiście nadal święcie przekonana, że mój nos mógłby być mniejszy, ale w sumie pasuje do twarzy, więc niech tam mu już będzie ; ). Szerokie ramiona - cóż, nie wszystkie dekolty będą się nadawać, żegnajcie też bufki. Niski wzrost - pechunio, jak mawia House. Tendencja do worków pod oczami - od czego jest korektor i maseczki rozjaśniające ;]. A, no i do pełni szczęścia brakowałoby mi mniejszego biustu, miseczka b byłaby pożądana ;p. Aaa, no i nie lubię widoku własnych stóp w sandałach (przybijam piątkę z Adą^^), ale łódzki klimat letni, porównywalny z klimatem Kairu albo innej Antananarywy, wymusza minimalną akceptację tej części ciała, zamkniętych butów nosić się po prostu nie da^^. Ale bez przesady, jest dobrze ; ). I jasne, że niejednokrotnie jestem daleko od tak pozytywnych myśli... Mam obsesję na punkcie bycia ocenianą, na wszystkich polach. Jak mnie coś takiego najdzie, jest gorzej. Staram się stopować myślowym "Skurska, przestań chrzanić!". Czasem pomaga. Czasem nie. Zawsze można się jeszcze trzasnąć po mordzie, to zawsze otrzeźwia ; ).
Nie będę dawać złotych rad bo takich nie ma, z resztą ta notka nie miała mieć nawet takiego kształtu, ona rodziła się w trakcie pisania ;p. Przekonywanie się do siebie to proces. Nie byłabym taka mądra, gdybym nie spotkała na swojej drodze ludzi, którzy mi w tym pomogli; biorąc pod uwagę ten głupi strach przed oceną innych ludzi - pozytywne oceny były prawdziwymi zaskoczkami. W sumie to nawet radościami ; ).
A już na sam koniec tego tematu - nie wierzcie w durne szepty w Waszej głowie - i tak wszystkie jesteśmy piękne!


Dobra, było coś dla ciała, teraz coś dla ducha.
Otóż - byłam dziś w kościele. Nie zawsze mi się zdarza, przyznaję. Czasem mi się nie chce i mam wrażenie, że stracę dużo cennego czasu, choć to oczywista gówno-prawda, bo zapewne koniec końców tyle samo zmarnotrawiłam na jakiś serial albo inne rzeczy. Inna sprawa, że często czuję, że mój kościół (w sensie mój konkretny, św. Wojciech na Chojnach) nie wnosi dużo do rozwoju mojej wiary. Ile miałam rozwinąć, to rozwinęłam sama. Na kazaniach często zdarza mi się wyłączać, bo -  delikatnie mówiąc - nie porywa. Ale czasem po prostu potrzebuję pójść. Wtedy nie mam poczucia żadnego straconego czasu. No i spoko, pomodliłam się, powiedziałam o wszystkim, co tam ostatnio leży na wątrobie, pośpiewałam. I poszłam do spowiedzi. Coś czułam, że będę z tego powodu marudzić na blogu ;]. Oczywiście jako pokutę mam odmówić litanię do najświętszego serca pana Jezusa. GREJT. Szczerze? Nie widzę w tym krztyny sensu, przy szczerych chęciach. Otwieracie książeczkę, którą dostaliście na pierwszą komunię. Przez 5 minut klepiecie wezwania i "módl się za nami", na których nawet nie potraficie się skupić a robicie to tylko dlatego, żeby... nie mieć wyrzutów sumienia, że tego nie zrobiliście. I co, rozszerzyło Wam się serce i pojaśniało Wam w oczach? Nie potrafię modlić się litanią. Ani różańcem. Chociaż słyszałam, że modlitwy polegające na powtarzaniu to pewnego rodzaju mantry, coś na kształt medytacji. Ale to tylko teoria. Dostawałam ciekawe pokuty. Na przykład żebym poobserwowała siebie, postarała się rano i wieczorem odmawiać modlitwę, ale taką od serca. Albo żebym co wieczór robiła podsumowania, co w danym dniu było dobre, co mi się udało a co było złe, czy może zrobiłam coś, czego nie powinnam, takie podsumowanie w każdym razie i dziękczynienie za miniony dzień. I takie pokuty są w porządku, coś wnoszą, skłaniają do zastanowienia i nie są stronami zadrukowanymi litanią. Ech.
I teraz coś o kościele, ale nie do końca xD. Jest u nas jeden ministrant-lektor o tak niesamowitym głosie... Ludzie, umieram, rozpuszczam się, topię i skapuję pod ławkę, kiedy on czyta. Niska, głęboka, ciepła barwa, idealna do radia. Dziś była ta długa ewangelia od wjazdu do Jerozolimy do śmierci, u nas czytają ją na role, więc on też czytał i to całkiem długo ;D. Dodam jeszcze, że jest blondynem. Iście wybuchowa mieszanka ; ).

Na światłach przed kościołem spotkałam dosyć daleką koleżankę z ojcem, mistrzem rozmów nieistotnych. Miałam jakiś kiepski, mrukliwy nastrój, byłam niewyspana po urodzinach Ady i w ogóle nie miałam ochoty na gadkę typu "no tak, ciepło nam się zrobiło, wiosna już przyszła" i przypomniał mi się profesor Bocheński i jego ukochany Witkacy, który nienawidził rozmów nieistotnych. Zgodziłam się z nim na początku, ale potem naszło mnie "Skurska, a kim ty jesteś, żebyś swoją burkliwością w jakikolwiek sposób gardziła kimś, kto jest w porządku, chce być miły, ale jesteście dalekimi znajomymi i wiadomo, że nie pogadacie sobie nurzając się w głębokościach egzystencjalnych. Tak nie można, przestań, to okropne!". Tak więc doszłam do wniosku, że rozmowy nieistotne istotnymi są i że czasem zachowuję się/myślę w sposób kretyński. Ale nie, spoko. Myślę, że to dziś miałam taką awersję, nie chciało mi się gadać z nikim.

Dobra, kochani, lecę spać. Jutro praktyki. Poza tym niedospałam, strasznie mnie już morzy.
Trzymajcie się ;*

piątek, 4 kwietnia 2014

Wiosenna słabocha

Muzyczka do tego fragmentu :

Wiecie co, nie wiem co to jest, ale (jak to z Paulą czasem rezolutnie stwierdzamy) - nie jest. Po pijaku, np. teraz (2.40), zawsze włącza się "sentymental". Fuck.
Nienawidzę wracać autobusem nocnym En Trzy, bo moja setlista wygląda mniej więcej tak: I see fire, My immortal, Snow, Sto tysięcy jednakowych miast, Zaprzepaszczone siły wielkiej armii świętych znaków, 0 Rh+... i rozmyślania połączone z rozpamiętywaniem, użalaniem się nad sobą i nadawaniem światu wyrafinowanych epitetów. Aaaa, fuck.
Może powrócę do pisania jakieś dwanaście godzin później, aby mieć trochę inne podejście do życia, bo myślę, że godzina nie sprzyja. Zdecydowanie nie sprzyja.
...ale tak żeby już więcej ani razu, żeby już więcej za nic!

I dwa utwory, które kojarzą mi się z następnymi akapitami:

Ok, jest nawet więcej niż dwanaście godzin później (19.30). Mam do Was jedno podstawowe pytanie:

Kochacie siebie na wiosnę?
bo ja nie

Cholera, okropnie nie lubię wiosny. Wiem, że jestem w tej kategorii zdecydowanie osamotniona (chociaż niektórym już któryś rok z kolei wyrzekam na tę niewdzięczną porę roku, także nowością nie błyszczę), w końcu ile zwierzątek budzi się do życia! Słoneczko prześwieca przez chmurki, ptaszki szwargocą za oknem rankiem i wieczorem, kwiatki wzrastają i rozkwitają i w ogóle jest tak milusio - organizm wytwarza witaminę D, dziewczyny wyciągają krótkie spódniczki i zaczynają częściej golić nogi a faceci... w sumie nie wiem, co faceci.
A mnie, jak zwykle, wszystko wyśpiewuje Rogucki - Pierwszy podmuch wiosny budzi lęk...
Ale tak serio - pierwsze naprawdę ciepłe i słoneczne dni (cholerne dzisiaj) są jakieś niepokojące; przypominają mi, że należałoby zrobić coś konkretnego ze swoich życiem, poważnie je przemyśleć... Wszystko się rozkurcza, rozpręża z siebie, wychodzi z form, a słońce - korzystając z analizy Becketta z dr Ignaczak - słońce w swojej świeżej odsłonie jest jak goła żarówka wisząca w sali przesłuchań - wciąż tylko pyta i żąda szybkich odpowiedzi, a ja jeszcze nie potrafię ich udzielić. Przeraża mnie to, swoją drogą. Poza tym nadmiary słońca po zimie otępiają, czuję się, ciężka i przydymiona, jakbym cały dzień spędziła w górach pod niebem typu "żyleta".
Poza tym oprócz ptaszków, grzybków i innych stworzonek do życia budzą się też komary, z którymi co roku toczę batalię o spokojny sen^^. Zakup na wiosnę: moskitiera. Hmm, to kolejny powód, dla którego zdecydowanie wyprowadzam się kiedyś w góry - tam nie ma żadnych chrzanionych komarów ;]. Ani ogromnych zielonych świerszczy, które chyba upodobały sobie wiejską część Łodzi Chojny^^.
Z okazji nadejścia wiosny kupiłam w lumpie kieckę. W kwiaty. Czarną ;].

wiosna jasna
jak cholera
działa na mnie
katrupiąco*

Dobrze, że chociaż Miron mnie rozumie^^.

Teraz coś o akcji - motywacji, started by Malwka : ). Plan wydaje się prosty - organizacja dnia, jako podstawa uporządkowanej, codziennej egzystencji. Czytałam już o tym kiedyś. Nawet próbowałam wcielać w życie, ze skutkiem oczywiście marnym. Ale teraz spróbuję jeszcze raz.
Jutro rano trzeba by ogarnąć pokój, przynajmniej jego najbardziej zewnętrzną powłokę. Z powłoki kurzu i papierów. Potem może rozdział czegoś lekturowego i długo wyczekiwany wypad do lumpa. Resztę dnia (o ile mojej rodzicielce nie przypomni się o jakimś naglącym zadaniu z zakresu prac domowych) chcę poświęcić w końcu na czytanie, które jest w przeciągu tygodnia postrzępione na pojedyncze godziny. Esej Tolkiena o baśniach, trochę Bettelheima i Widnokrąg.
A propos oszczędzania czasu - Sara, piszemy podręcznik ;]. Proponuję Jak skutecznie upłynnić godziny. Poradnik doskonałego dezorganizatora albo Time's money, czyli jestem goły i wesoły.
Aczkolwiek mam kilka nowych przykazań, powstałych na bazie obserwacji przebiegu dni poniedziałek - czwartek. Malwka inspired me, maybe I can inspired someone ; ).
1. Nie włączać komputera od rana. Oglądanie jakiegoś odcineczka do śniadania jest kuszące, ale dopóki nie jest on Teorią Wielkiego Podrywu, to rozciąga się w czasie na ok. 45 minut (dobrze, że Sherlocka już mam za sobą^^). A może potem zobaczę, czy nie ma nowego odcinka Wikingów albo sprawdzę skrzynkę? Btw - ciekawe, że można marnować czas nie mając konta na żadnym z portali społecznościowych. No dobra, mam Google+ i aż trzech znajomych w kręgach, ale prawie nie da się tego nie mieć, próbowałam ;]. Aaa, no i przy śniadanku można by przywrócić czytanie prasy, na którą wybitnie... nie ma czasu.
2. Robić angielski na poniedziałek (i niemiecki na wtorek!) w weekend, a na środę we wtorek. Inaczej przedpołudnie jest rozdrobnione pomiędzy dziką gramatyką, książką, ćwiczeniami, zakupami porannymi i cholera wie czym jeszcze. Przynajmniej jedna rzecz odpadnie.
3. Wyciszać telefon podczas pisania/czytania/uczenia się/wpisz własne i nie przypominać sobie "nagle", żeby wysłać komuś smska ;]. A tak przy okazji - pisać mniej smsów albo iść do Plusa i błagać o korzystniejszą taryfę^^.
4. Skupić się na jednej czynności. Niet to multitasking, żeby nie tracić rozpoczętego wątku. 
5. Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj. W ogóle a propos problemu typu "pouczę się, ale najpierw posprzątam pokój albo poukładam ciuchy" - to jest jednostka chorobowa xD. Znalazłam kiedyś coś takiego Jednym z głównych problemów z jakim możesz się spotkać jest prokrastynacja , czyli skłonność do zajmowania się wszystkim, tylko nie tym, co właśnie powinieneś. Nie pozwalaj sobie na to.
6. Nie wystawać przed lustrem w poszukiwaniu niedoskonałości cery xD.

Na angielskim mieliśmy słuchanie pod tytułem "prawdy i mity". Wiedzieliście na przykład, że czytanie przy ciemnym świetle, nawet długotrwałe albo powtarzające się, nie powoduje uszkodzenia wzroku ani nie pogłębia wad już istniejących? Adam mi to potwierdził - oczy się męczą, czujemy dyskomfort, ale to mija. Jupi, to oznacza, że po okulary zgłoszę się dopiero po czterdziestce ;D.
Następnym faktem było to, że niektórzy ludzie rzeczywiście przyciągają te wspomniane już, jechane komary. A niektórzy wręcz je odpychają. Wszystko zależy podobno od jednostkowego składu potu i  naturalnego zapachu ciała. Podobno jeszcze jedzenie na noc nie powoduje przybierania na wadze, ale nie sposób mi się z tym zgodzić (tested^^).
Przedstawię Wam przykłady zadań na certyfikat Advanced. Dobra, wiem, że robię go w przyszłym roku, ale cholera, i tak się tam nie widzę.

Find one word in English that matches each of the definitions in the set.
a) social meating / sweet fruit of a palm tree / to stop being fashionable -> date (randka/daktyl/zestarzeć się w sensie trendu)
b) angry / go from one side of something to the other / mixture of two different things combined to produce something new -> cross (wkurzony/przekraczać, przecinać/krzyżówka czegoś)

Pozdrawiam^^.


04. 04. 2014
17.23

Mjuzik do tej części

Sorry, to miała być jedna notka, ale rozwlekła się aż na trzy wpisy. Wczoraj wieczorem zdechłam dość szybko. Pisałam, a potem stwierdziłam, że nie będziecie chcieli tego czytać ; ). 
Jeśli chodzi o mój plan na rano, to mission completed! Człowiek od razu inaczej się czuje w posprzątanym pokoju. Kurz nawracających myśli, makulatura zastałych przekonań, emocjonalne graty - wypierdalać.
Czas poukładać równe stosiki w łepetynie i dostroić struny, może ta wielka świecąca żarówa nie będzie taka straszna i pytania wydadzą się łatwiejsze...?

Chyba ostatnią sprawą na tą notkę będzie Andrzej Bobkowski. Wiecie, że to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam na tych studiach? On mi po prostu poddaje kompletnie inny sposób pojmowania świata, patrzenia na rzeczywistość, życia, myślenia... A przecież Szkice piórkiem były pisane w latach zdecydowanie mało wesołych! Są chwile, kiedy udaje mi się poczuć tak jak on, ostatnio kiedy wracałam tramwajem z anglika, przez okna wpadało jeszcze chłodne wieczorne słońce, słuchawki na uszach, okulary na nosie i pomarańcza. To trochę głupie, ale ta pomarańcza smakowała niesamowicie właśnie w tym otoczeniu, właśnie w tramwaju, w słońcu i z muzyką; wszystkie zmysły były czymś pochłonięte, a ona była niezbędnym elementem dla zmysłu smaku ; ). Drugi raz wczoraj, kiedy przyszłam do domu strasznie zmęczona. Wyszłam na balkon wychodzący na tą "wiejską" stronę i zapaliłam. I znowu zachód słońca, chłód. I tym razem względna cisza... Kochani, bosko. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że w takich warunkach papieros naprawdę smakuje : ). Cholera, fajnie miał Bobkowski, jeśli mógł cieszyć się tak przez większość czasu i sklejać sobie po prostu dobre życie, z takich małych przebłysków sensualnej radości.
Z drugiej strony kto wie, czy też bym tego nie umiała, gdybym przemierzała południe Francji rowerem, albo chociaż Alpy z plecakiem, a nie Łódź tramwajem numer sześć^^.
Jedna fajna myśl ze Szkiców:

Wszystko można znieść na tym świecie, jeżeli ma się choć jedno serce kochane i kochające. Złota myśl z gatunku "kołduny to dobra rzecz". Tak, tylko naprawdę dobre kołduny trudno znaleźć.

Ach, mam jeszcze jedną sprawę do Was - właśnie ogarniam nową muzyczkę, jeśli mogę Was prosić, to napiszcie mi jakichś fajnych wykonawców, posłuchałabym sobie : ).

W tym miejscu (ponieważ początek jest trochę z dupy) dziękuję WSZYSTKIM za miłe słowa dotyczące bloga i mojej pisaniny. Dziękuję, bardzo dziękuję ;*. Cieszę się, że Wam się podoba.
Wstawiam jedno foto, miało być wiosenno-prześmiewcze z czarnym kapeluszem, ale nie wyszło. Więc jest inne ; ).

Trzymajcie się ;*

*Cytaty z Mirona Białoszewskiego z cyklu Nowa wiosenna słabocha czyli wiersze antywiosenne.