niedziela, 23 listopada 2014

Kroniki tatrzańskie

Witam Was, kochani. Jak patrzę na datę ostatniego posta, to łapię się za głowę. Co poradzę, że dopiero teraz naszła wena? "Teraz" jest owocem wyjazdu w góry "dla podratowania zdrowia", zwłaszcza psychicznego, bo z tym ostatnio ciężko. Muza zjawiała się w różnych momentach, każąc pisać na kolanie albo w schronisku w starym zeszycie od SCSu, gdzie zachowało się sporo pustych kartek (ekologiczne wychowanie zakazuje wyrzucać niezapisane w przynajmniej 70% zeszyty). No to zapraszam do czytania i oglądania zdjęć : ).

Muzyczka towarzysząca:
Mezo Sacrum
Budka Suflera Cień wielkiej góry 





11. 11. 2014

W przedziale siedzi ze mną świetna parka. Po pierwsze - kompletnie nie są nachalni z amorami w stosunku do siebie. Oswojeni z dotykiem, stykają się nogami, czasem wykonują delikatne gesty, ale nie są "przyssani". Rzucają sobie uśmiechy, potrafią zachować dystans. Chyba nie są świeżo zakochani. Po drugie - traktują się po kumpelsku; gadają sobie, mają wspólne tematy i w tym wszystkim czuć dobre porozumienie. Po trzecie (wnioskuję z rozmów) - zdecydowanie są ludźmi kultury - książki, ilustrowanie i projektowanie książek, koncerty... a laska szkicowała jakieś wzory skarpet (dobra, to już wychodzi poza kulturę jako taką, ale wygląda na to, że zajmuje się tym zawodowo ;)). Kurczę, taką parę, taki związek chciałabym z kimś tworzyć.

Jakieś czterdzieści minut do Krakowa, potem bus do Zako.

Zakopane jest niezwykłe o tej porze roku. Szłam do kościoła, wszędzie pusto i cicho. Zdałam sobie sprawę, że gdy miasto żyje sezonem, to pełne jest szumu ulicznego, odprysków muzyki puszczanej w knajpach, głosów... Teraz tego nie ma, brakowało tylko tych pustynnych kul, które toczą się z wiatrem w exemplach westernów. To piękne!
Jutro Giewont i wyprawa do biblioteki + Muzeum Tatrzańskiego w poszukiwaniu inspiracji do magisterki. Może będę mieć szczęście głupiego i spotkam Antoniego Kroha?





12. 11. 2014

Strążyska - Giewont - Kondratowa.
Czuję się świetnie. Właściwie, jakbym stąd nie wyjeżdżała. Albo przynajmniej jakbym zapadła w dłuższy sen gdzieś w połowie września i znów obudziła się tu, gdzie zasnęłam. Trochę zmian jest, tata miał rację - słońca prawie nie ma, co nadaje górom smutny posmak. Ten smutek na mnie jednak nie działa, nie jest w stanie; za bardzo się cieszę, że tu jestem. Za bardzo czuję się szczęśliwa, aby poddawać się melancholii. Z resztą "smucenie się" natury jest takie normalne... Zupełnie inne i mniej przygnębiające niż ten wieczny płacz łódzkich murów.
Właśnie zjadłam największy kawałek ciasta, jaki można zjeść w Polsce za 6 zł. Piernik z Kondratowej <3. W schronisku, oprócz mnie, sześć osób, każdy wchodzący mówi głośne "dzień dobry".
Właściwie to się nie znamy, ale wzbudzacie we mnie przyjazne uczucia, rzuciła jakaś babka nowo przybyłej parce.



Cytaty z utworów Władysława Krygowskiego, wiszące na ścianie schroniska:

1. Do gór trzeba dorastać, a nie obniżać góry do siebie.
2. Szukaj więc wciąż swoich gór i dolin. Nie zadowalaj się tym, co zdobyłeś. Zdobyte już się nie liczy.
3. Każdy z nas ma jakąś górę. 



Mały pechunio - tak się złożyło, że ani Biblioteka Miejska w Zakopanem ani Muzeum Tatrzańskie nie mogą mi pomóc; w bibliotece trwa remont (liczyłam u nich na Śpiewaj ogrody Huellego, które oczywiście były, ale nie mogli mi ich wypożyczyć ze względu na burdel ogólny magazynu^^) a w Muzeum biblioteka przeżywa jakąś tragicznie papierkową robotę i generalnie to jest zamknięta, ale pani była dość miła i powiedziała, żebym wysłała maila a ona na pewno mi pomoże. Spoko.
Kroha oczywiście nie spotkałam, to byłoby zbyt piękne. Dobra, muszę iść do sklepu, potem wieczorek u Gośki i Maćka.
Czy już mówiłam, że jestem mega szczęśliwa? Nie? Sacrum, po prostu Sacrum.




13. 11. 2014

Kondratowa - Przełęcz pod Kopą Kondracką - Suche Czuby - Kasprowy - Murowaniec.
Dziś pod kilkoma względami - trasa życia. Od Kondratowej do przełęczy, a nawet kawałek za - nikogo, nikoguteńko. Cudownie. Nieziemsko. Znów pusto i cicho, tylko świst oddechu. Słońce świeci blade, jeszcze trochę grzeje, ale niezbyt mocno. Barwa światła o tej porze roku jest bardziej biała i jakby zimna, podkreśla kolor traw położonych przez wiatr, wypłowiałych zupełnie z jesiennych rudości. Chyba ostatnie takie podrygi ciepła w tym roku, czuję to na skórze, widzę to w ponurym, czarnym kolorze skał i zmatowiałej trawie.



Kozice - prawdziwe zatrzęsienie kozic! Pasą się blisko szlaku, w poważaniu mając turystów, zazwyczaj przystających z wyciągniętą w ich stronę łapą albo robiących im zdjęcia. Spotkałam je jeszcze przed przełęczą pod Kopą Kondracką, potem przy Przełęczy Świnickiej. Jedna z kozic przebiegła mi drogę w odległości trzech, czterech metrów! Ładne te zwierzęta; na zimę sierść z lekko rudej stała się ciemna, bardziej brunatna. Wbrew pozorom są dość niewielkie, ale mocno zbudowane + ich oczy z prostokątną źrenicą - coś niespotykanego!






W domu bawiłam się z Karolkiem. Lubię tego młodego, ale im więcej spędzam z nim czasu, tym bardziej przekonuję się, jak bardzo nużące jest posiadanie dziecka. A jakie niepraktyczne - jak tu z takim wyjechać w góry? Ok, to nie brzmi za dobrze, chyba nie jestem powołana do macierzyństwa^^.
Poza tym - przyjechał tata. Góry też mu służą, rzadko kiedy ma tak dobry humor. Mama najczęściej kręci głową z niedowierzaniem i przekąsem, mówi, że jesteśmy innymi ludźmi już na kilka dni przed wyjazdem w Tatry. Prawda to, co zrobić. Sacrum, po prostu. To błogostan Panie, pobłogosław chwile, gdy każdy problem to błahostka... Tu nie istnieje Uniwersytet Łódzki i pięć stale odwiedzanych bibliotek, jedyna obawa pod hasłem "nie zdążę" to "powinnam zejść z gór, zanim zajdzie słońce" (które zachodzi w okolicach godziny 16), tu nie ma Bochena, nie ma pogoni za erudycją, nie czuję się głupia i mała. Tu nie ma Michała Mazura. Nie ma ścisku żołądka i nocy, kiedy leżysz z szeroko otwartymi powiekami, modląc się o chociaż marne ochłapy snu. Oczywiście cała ta menażeria nie znika, ale jest zdystansowana i nie tak ważna, jak mi się zazwyczaj wydaje. Oswojona i do przezwyciężenia.



14. 11. 2014

Kuźnice - Murowaniec - Granaty - Kuźnice. 
Wycieczka z tatą. Mamy świetny kontakt, jak nigdy. Słońce ciepłe jak we wrześniowe, późne popołudnia, żółty szlak od Czarnego Stawu daje popalić niskim ludziom, ale efekt wart jest wysiłku^^. Zamarzyła nam się trasa na Krzyżne, wygląda jakby wystarczył rzut beretem i jesteśmy na przełęczy, ale czasówka na mapie nieubłaganie wynosi dwie godziny trzydzieści; dzień listopadowy nie jest tak hojny, pewnie w połowie trasy w dół złapałyby nas pierwsze ciemności... Jutro nigdzie nie idę, cztery dni wycieczek to za dużo na mieszczucha wyrwanego na parę dni z Łodzi^^. Tata wciąż myśli o zabawie Krzyżne-Granaty.






16. 11. 2014

Pociąg "Stoczniowiec", Kraków Płaszów - Gdynia Główna.
Może jestem ignorantem w temacie kolejowym, aczkolwiek zagadką pozostaje dla mnie wydłużenie czasu przejazdu do Łodzi z trzech i pół godziny do prawie pięciu. Pytam ja się: dlaczego? Mój Boże, mamy tylu logistyków w kraju, to jeden z popularniejszych kierunków dla tej części społeczeństwa, która nie potrafi wyraźnie określić zdolności swojego umysłu. Nie ubliżając logistykom, oczywiście. Są jak najbardziej potrzebni w kraju, gdzie burdel logistyczny rok w rok osiąga punkt krytyczny.
Siedzę sobie sama w przedziale i patrzę w okno - wszędzie szaro i czarno, trochę mglisto. Rano nad górami kłębiły się zwaliste chmury, zwiastujące nieuchronny halny. Po drodze na dworzec minęliśmy tylko jedną bryczkę. 

Fajnie być homo viator, jeśli mogę tak powiedzieć o sobie i tym ogromnym przedsięwzięciu, jakim był kilkudniowy wypad w Tatry polskie, ale zawsze ;]. Nawet na tę tatrzańską miniskalę - jest coś symbolicznego w podróżach. Zwłaszcza, jeśli celem jest powrót do siebie i utraconej równowagi.

Wolałabym jednak, żeby ktoś się do mnie dosiadł, zawsze mam stracha przed zostawianiem dobytku samego. Myślę, że strach ten jest w miarę uzasadniony... Ale przecież nie wezmę plecaka do kibla pociągu "Stoczniowiec"! 
To takie polskie!
Kiedy we wtorek wsiadłam w PKS do Zakopanego, który stał jeszcze dobre dziesięć minut na dworcu, złapałam się na tym, że boję się o mój bagaż, spokojnie spoczywający w luku bagażowym. W pewnym momencie palnęłam się w czółko. Ten strach siedzi w nas tak głęboko... Niebezpodstawnie, jak mówię, ale dworzec w Krakowie - odremontowany i obłożony kamerami - nie jest już raczej miejscem, gdzie niezauważony przez nikogo facet (oczywiście w czarnych okularach, czarnym szaliku naciągniętym pod nos i w czarnej, skórzanej kurtce) zwinie czyjąś torbę z otwartego bagażnika. No i w sumie po co? Kasa, dokumenty i karty to przedmioty jakże bliskie sercu, jak najbliżej serca też się je trzyma. 
Kończąc wywód - rezolutnie popukałam się w czoło i uspokoiłam.

A propos spokoju - jestem spokojna. Niebywale spokojna. Przemyślałam parę spraw w górach. Gośka opowiadała mi kilka historii o ludziach, którzy dostali od życia potężnego kopa w tyłek i moje "problemy" w tym momencie stają się śmieszne, zupełnie nieważne. Są ważne, bo są moje, lecz w skali makro uchodzę za człowieka szczęśliwego i wypieszczonego przez los. Chyba po raz któryś już postanawiam, ale nieważne - POSTANAWIAM NIE PRZEJMOWAĆ SIĘ GŁUPOTAMI. Po jaką cholerę srać się uczelnią, kiedy w rzeczywistej, niewymyślonej w mojej głowie hierarchii wartości ona jest taka... mało znacząca. Po cholerę przejmować się tak nauką, skoro z żadnego egzaminu i tak nie wyszłam z oceną niższą niż 4? Czy naprawdę tak istotne jest, co pomyśli o mnie Bochen i inni wykładowcy, których opinię cenię? Przecież nie muszę wciąż od nowa udowadniać przed nimi swojej wartości! Ci którzy znają swojego studenta już wiedzą, co o nim myśleć. 

To, co się liczy, to ludzie; to oni trzymają przy życiu w ciężkich chwilach i sprawiają, że życie nabiera żywych kolorów. Ważni są oni i ważne jest bycie szczęśliwym człowiekiem, na ile tylko jest to możliwe.
Być może moje przemyślenia w pociągu "Stoczniowiec" nie są niczym oryginalnym a ogólnie znanymi prawdami. Być może. Musiałam sobie jednak coś poukładać ; ). Dlatego nie czuję, żebym spadała z niebios do piekła. Żal było wyjeżdżać, ale na razie w Łodzi jest moje życie i serce a Zakopane do chwilowy skok do Sacrum. Może kiedyś ten stosunek się odwróci, kto wie ; ).




23. 11. 2014

Perspektywa dzisiejsza. Wiecie co? Zaczął się dobry czas. Jest dużo roboty i jak zwykle się nie wyrabiam, ale czuję, że w końcu wtoczyłam się na te właściwe tory. Polecam jakąś małą odskocznię w chwilach kryzysu. Polecam z całego serca : ).
Trzymajcie się!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz