niedziela, 22 czerwca 2014

Litania do świętej Anny

Święta Anno, panno nieskalana...

Witam wszystkich kochanych ziomków. Wybaczcie za przerwę na blogu, sesja nie tylko skutecznie wyciska człowieka z czasu, siły i chęci, ale też weny. Niestety wszystkie wymienione czynniki powinny koegzystować, inaczej sytuacja wygląda mniej więcej tak: "no napisałabym coś, ale powinnam się uczyć (Miłosz był na tyle usłużny, iż nie pozwolił, żebyśmy zbyt prosto nie pojęli jego twórczości)" albo "Hmmm, mam trochę czasu. Mam też serdecznie dosyć tekstu pisanego, dajcie mi serial! Z lektorem, oczywiście." No i tak to sympatycznie wygląda. A przynajmniej u mnie. Perfekcjonizm to rzecz straszna - albo robisz coś na 100% albo nie robisz wcale.

Święta Anno, bramo do świętości...

Kiedyś święte zostawały świętymi, bo ocaliły czystość. Wiecie, że mam duże szanse, żeby zostać świętą ;]? Bo wiecie, z biegiem czasu kryteria też się zmieniły, w końcu mamy XXI wiek, więc zachowanie przez całe życie bieli śniegu to prawdziwy wyczyn, za to powinni mi przyznać aureolę! Ciekawe, czy trzeba złożyć swoje CV, jeśli tak to muszę zrobić sobie nowe zdjęcie - w białej koszuli zapiętej pod samą szyją, w końcu trzeba pokazać, że jest się solidną firmą, nie? Pomyślę też nad jakimś przyjemnym warkoczem, w końcu długie, rozpuszczone włosy (o cholera, i to rude! Należy uwzględnić zmianę koloru na bardziej stonowany) to objaw rozchełstania ogólnego i wyzwolenia seksualnego, a fe! Co tam Legenda aurea i wszystkie żywoty świętych, żyła przykładnie i uczciwie, zachowała czystość i wstrzemięźliwość uczuciową do końca swoich dni. Przyznawała się, iż ma słabość do napojów wyskokowych, jednakże i tę zwalczyła, bez reszty oddając się literaturze, a zwłaszcza romansom Katarzyny Grocholi. Tak przynajmniej mogę sobie pofantazjować jak mogłoby wyglądać moje życie, gdybym nie wybrała drogi do świętości, śmiała się, udzielając wywiadu-rzeki katolickiemu Radiu Maryja.
RM: Czy od zawsze chciała pani zostać świętą?
AS: Muszę przyznać, że nie (lekki rumieniec). Zawsze marzyłam o wielkiej miłości... Mając dwadzieścia dwa lata i właściwie brak jakichkolwiek doświadczeń w sferze damsko-męskiej oraz brak perspektyw na takowe uświadomiłam sobie, że takie jest moje przeznaczenie. Mając w pamięci Sagę o wiedźminie Geralcie i jego przygody z przeznaczeniem, zrozumiałam swoje powołanie do świętości i pogodziłam się z tym, że to już tak zawsze... (spuszczenie oczu, potem ponownie z siłą i uśmiechem) Złożyłam więc aplikację! Jako zasługę podałam, ekhmm... wzorowe prowadzenie się. Niebawem otrzymałam odpowiedź. Moja kandydatura została rozpatrzona pozytywnie z post scriptum "życie zweryfikuje". Teraz jestem już stara (śmiech) i na najlepszej drodze do otrzymania aureoli roku, żywię szczerą nadzieję, iż słuchacze Radia Maryja zechcą wesprzeć mnie swoimi głosami.
RM: Tak, zachęcamy do głosowania wszystkich słuchaczy. Panią Annę możemy poprzeć, wysyłając smsa o treści SKURSKA na numer 8076, koszt jedyne 1,23 zł.
I to jest coś, proszę państwa. Tak, zdecydowanie mam wszelkie predyspozycje do świętości, może nawet trafię na pierwszą stronę niedzieli? Albo na okładkę Twista, żeby sensacją podnieść sprzedaż:
- Masz dwadzieścia kilka lat, jesteś młoda i... eee... masz jakieś atuty... Czy nie brakuje ci kontaktów z mężczyznami?
- (śmiech) Tak naprawdę do wszystkiego można przywyknąć. Cóż mogę rzec - lata praktyki. Na początku były we mnie jeszcze mrzonki, w końcu po aplikowaniu przechodzi się etap wstępny, można było zrezygnować. Szczęśliwie nic się nie stało, przeszłam "wstępniaka" i tak stałam się poważną kandydatką do tytułu Świętej XXI wieku. Czy nie brakuje mi kontaktu z płcią przeciwną? Czasem pytam jakiegoś faceta o godzinę, przyglądam mu się, studiuję jego wygląd, ruchy. To wystarcza.

Saint Anna, the queen of eternal virginity...

Hah, wena przyszła^^. Cóż mogę rzec, po prostu słabo się czuję w tym temacie. Zastanawiam się co i kiedy przegapiłam, że kiedy przyznaję się "nigdy z nikim nie byłam" (zdarzyło się kilka razy...), rozmówca reaguje "Naprawdę?!". Śmieszy mnie do tej pory niegdysiejsza rozmowa u ginekologa:
- Współżyje pani?
- Nie.
- (badawczy wzrok) Nie...? Nigdy? Ile ma pani lat?
- Dwadzieścia. Naprawdę nigdy.
Naprawdę bawi mnie ta rozmowa. Z lekkim odcieniem uczucia "ech...". Małe sprostowanie: nie pragnę wyrazić w tymże poście, jak bardzo mi zależy, aby stracić dziewictwo. Podkreślam zespół wszelkich składników obracających się wokół słowa "miłość", który do tej pory jakoś skutecznie się koło mnie przemykał. Ech.

Święta Anno, patronko cnoty...

Nie kazała na siebie czekać, na spotkanie przyszła punktualnie. Obawiałam się tego spotkania - w końcu pracuję w czasopiśmie o modzie, przez wielu uważanych za zepsute i promujące tzw. "niewłaściwe wzorce"... Zupełnie niesłusznie. Ania była trochę skrępowana, siedziała prosto z dłońmi splecionymi na kolanach, oblana dziewi... tj. dziewczęcym rumieńcem. Żeby trochę ją ośmielić, postanowiłam zacząć od pytania, które zazwyczaj ośmiela gwiazdy (np. Christina Auguilera, Keira Knightley), z którymi wywiady przeprowadziłam.
GLAMOUR: Co masz dziś na sobie?
ANNA SKURSKA:  Gorset od Vistoria's secret... O Boże, będzie musiała to pani wyciąć! Staram się naśladować własnym strojem pruderię czasów wiktoriańskich, lecz ludzie mniej... wykształceni mogliby nie zrozumieć moich intencji i potraktować moje słowa jako objaw rzeczywistego rozpasania. I tak tracę notowania, udzielając wywiadu do Glamour... Proszę napisać może tak... Stawiam na pewne marki, produkujące wygodne i trwałe ubrania. Na szczęście w modzie są spódnice maxi oraz midi, dlatego i święta może ubierać się w fajne, acz skromne ciuchy.

Śwęta Anno, stanico dawnych obyczajów...

Pisząc to właśnie spojrzałam się na suszącą się na wieszaku czerwoną kieckę, wypraną z dymu papierosowego po ostatniej imprezie xD. A propos tej imprezy (to właśnie po niej naszły mnie przemyślenia o świętości^^, nazwałam ją PAROstatek) to wciąż nie dochodzi do mnie, jak piwo w Łodzi może kosztować 10 zł. 1 0  p o l s k i c h  z ł o t y c h  za zwyczajne lane piwo z paskudną, chemiczną goryczką. Przy tamtym piwie Żywiec jest bursztynowym trunkiem o arystokratycznym smaku, warzonym naturalnymi metodami na ogniu brzozowym i przechowywanym w sosnowych beczkach ze szpuntem, w dodatku rozlewanym przez doświadczonych piwowarów z pokolenia na pokolenie przynajmniej od Potopu Szwedzkiego. Nie wiem, ile w tym klubie kosztował mój ulubiony, staropolski 'szot' (nie ważne, w końcu wódki nie da się popsuć ;]), ale nikt nie chciał się ze mną napić, ostatecznie zadowoliłam się niegazowaną Kroplą Beskidu z lodem. Dobra, jeśli chodzi o piwo, to jestem wybredna i lubię to >>>dobre<<<, ale od klubów aż tyle nie wymagam, tam nie pije się dla smaku ;].
Całkiem niedawno byłam na ściance z ojcem, potem poszliśmy na obiad, lecz wpierw stwierdziliśmy, że napilibyśmy się piwa, oczywiście w grę wchodziła Piwoteka, gdzie mój ojciec robi mądre miny i wymienia się z barmanem fachowymi uwagami o warzeniu i lokalnych browarach. Po trzech godzinach ścianki byliśmy zmęczeni i głodni, więc poczyniłam uwagę o wyczołgiwaniu się z Piwoteki. Ostatecznie wzięliśmy jedno duże na pół i szczerze mówiąc mogliśmy i tak lekko obić się o futrynę, takie z nas zuchy^^. Jestem ciekawa, co tata powie na mój licencjat. Po przeczytaniu mojej pracy maturalnej na ustną z polskiego zapytał, czy rozumiem, co napisałam i czy nie uznają mi tego za plagiat, bo widać, że przepisywałam zdania z książek.
...
Zachowuje się, jakby tylko on umiał pisać w tej rodzinie. Cóż ja mogę rzec. Ostatnio poprawił w mojej pracy Jana Kochanowskiego ("nie leda? Chyba nie lada").
Czytałam taki wywiad z Sonią Dragą (Wysokie Obcasy extra, czerwiec 2014), babką, która ma własne wydawnictwo. Mówiła dużo o literaturze popularnej. Szczerze mówiąc przekonała mnie do tego ostatecznie, że taka literatura jest mega potrzebna i to nawet w takiej ilości, jaka jest teraz na rynku. Próbowałam przekonać mamę do kilku rzeczy z naszej polonistyki i nie tylko. Zarzuciła wszystko. Nawet... Złodziejkę książek, którą uważam za jedno z bardziej mistrzowskich, nowszych dzieł, jakie czytałam! Mama, tak samo moja ciocia i babcia, zaczytują się kryminałami. Próbuję znaleźć jakiś klucz, który wyjaśniłby mi aktualną potęgę kryminałów. Czysta rozrywka? Ok, zgadzam się z tym.
Z wywiadu z Sonią Dragą:
Co czytamy?
- To, co odrywa od rzeczywistości. Mnie to zastanawia, bo nasza codzienność już nie jest szara. Jesteśmy wolni. Ale też codziennie tkwimy w gonitwie, mamy tak mało czasu, że jeśli po coś sięgamy, to po coś lekkiego, odrealnionego, dającego rozrywkę. Nie czytamy dobrej literatury, bo wciąż jesteśmy na dorobku, nie mamy na nią czasu. Ale nie powinniśmy się na to oburzać.
Dlaczego?
- Bo czytamy!
Co zarzucam kryminałom, to że nie działają na wyobraźnię i tak w sumie... Chyba mało nam dają, jeśli chodzi o szumnie nazwane "bogacenie naszego wnętrza". Prowadzą linearnie od poszlaki do poszlaki, podniecając ciekawość dalszej akcji, ale raczej nie wyobraźnię. Nie stawiają też na wyglądy, bo one nie są istotne. Eksponują różnego rodzaju patologie ludzkie typu "lubię sobie nożyczkami pokroić damskie trzewia" i denerwuje mnie to, że ich wielość w kryminałach spowodowała, że takie skrzywienie przestało być studium ludzkiej zwichniętej natury a właściwie było normą. No i działa to na naszą potrzebę sensacji (w łazience podejrzanego znaleziono kolekcję sutków odciętych zamordowanym kobietom - czujecie ten dreszczyk emocji? Zwęszyliście poważna dewiację?). Aczkolwiek:
Po co nam kolejny zamulacz, tyle że w postaci książki?
- Bo przyzwyczaja do obcowania z tekstem. Pokazał to cykl o Harrym Potterze - po nim młodzi ludzie zaczęli czytać inne książki. Poszli głębiej.
Tak też myślę, w końcu czytanie też przyzwyczaja do samej czynności. Po przeczytaniu kolejnej części Harry'ego człowiek czuł się pusty, czekając na następną. Jakoś tę pustkę trzeba było wypełnić... Pewnie podobnie było ze Zmierzchem, albo Greyem, może więc moje pokolenie podniesie trochę czytelnictwo? E. L. James dostała wiele maili w stylu "Dziękuję pani za tę książkę, dzięki niej po raz pierwszy od dwudziestu lat w ogóle coś przeczytałam".
Co oddaję mojej mamie - potrafi czytać książki historyczne. Czytała nawet książki o sztuce renesansowej, co już jest mistrzostwem. Przyznaję, że nawet się za to nie biorę...
A co z fantastyką, którą tak, Skurska, hołubisz? - ktoś spyta. Tak, jest to literatura popularna, o czym mówi sam mój mistrz Sapkowski. Chociaż czy ktoś mi powie, że Władca jest literaturą niską? Nie mogę się zgodzić. Ale co się tyczy utworów Sapka - rys fantastyczny jest tylko otoczką, pretekstem do omówienia problemów zupełnie aktualnych i uniwersalnych. Poza tym przekonałam się, że niektórzy moi wykładowcy lubią Sapkowskiego, więc jest w tym coś, prawda ; )?        

Święta Anno, matko w białych szatach...

Odnośnie jeszcze do książek - pytanie do polonisty, co będzie robił w wakacje. Będzie czytał^^. Kolejka książek "to read soon" rośnie w zastraszającym tempie. Dobrze, że w tym roku nie musimy w wakacje zajmować się literaturą obowiązkową... W tamtym roku dla przykładu do poduchy miałam Quo Vadis, Trylogię i trochę innych ciekawych rzeczy. Teraz zaczęłam Mgły Avalonu, najgrubszą książkę ever - 1347 stron w jednym tomie. Jej największą wadą jest właśnie jej objętość; nawet zdychając z ciekawości nie będę w stanie zabrać jej do torebki, gdyż jest rozmiarów pospolitego pustaka. 
Korespondując z blogiem Malwki - nie mam pojęcia co będę robić w wakacje, poza, oczywiście, kultywowaniem swojej drogi do świętości^^. Nie no, dobra. Nie jestem najlepsza w wynajdywaniu celów, do których chcę dążyć. W środku "dążenia" zazwyczaj okazuje się, że to nie jest to, do czego dążyć chcę albo wręcz do czego mogę. Wiem, że chcę pochodzić sobie po górach i to w najbliższym czasie się stanie. Wiem, że chcę poroznosić swoje CV do pracy w zawodzie, choć nie liczę na żadne rezultaty... Wiem, że chcę załapać jakąś pracę dorywczą, żeby nie być tak zależnym od rodziny i coś robić w wolnych dniach. I chcę ogarnąć tzw. dupę, żeby nie być wciąż w rozsypce uczuciowej i nie rozgrzebywać jej na nowo. Moje święte dziewictwo wcale w tym zakresie nie pomaga^^.
Nawet nie czuję, że mam wakacje, przyznam szczerze. Dziś niedziela (22. 03. 2014), zastanawiałam się np. dziś czy zrobiłam angielski na jutro a całkiem niedawno - co mamy na zajęcia do Bochena. Pewnie jakieś dwa tygodnie położą kres temu myśleniu. W każdym razie dziwnie myśleć o sobie jako o człowieku z wykształceniem wyższym, przecież wciąż jestem mentalnie nastolatką w domu rodzinnym, utrzymywaną przez mamę i tatę. Dobra, licencjat to jeszcze żadne wykształcenie, coś w rodzaju zawieszenia pomiędzy "mieć maturę", "być studentem" i "wypełniać pity". 
Aczkolwiek serdecznie pozdrawiam Skarga's Squad i Drużynę Czarnoleską, bardzo dobrze wspominam nasze Licencjaty 2014, choć nie powiem, żebym się wytańczyła ; ). 
Aha, będę po ślubie Sylwii rozjaśniać włosy, potrzebuję jakiejś zmiany. Już z kimś o tym gadałam - nie wiem na czym to polega, ale chęć zmiany życia dobrze realizuje się w tak prozaicznej czynności jak przefarbowanie włosów. Oczywiście pozostaję przy rudych, ale muszą być jaśniejsze, mam już dosyć tej kasztanowiśni czy nie wiem jak to, cholera, nazwać.
Dobra, tak jakby knot mojej weny zaskwierczał i zgasł więc powinnam skończyć tę notkę. Zwłaszcza po winku na oblanie licencjatu u ciotki i zwłaszcza po rewanżu naszych siatkarzy z Brazylią, gdzie mogliśmy poszczycić się bardzo okrągłym zerem do bardzo wybrzuszonych trzech.

Święta Anno, patronko wina na pociechę...

3 komentarze:

  1. moja noga na tym zdjęciu mnie rozwala xD no i rzeczywiście potańczyłyśmy jak nigdy, a ja szczególnie :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Haha, no ja to z parkietu zejść nie mogłam :D Aniu, co do pracy. Nie nastawiaj się od razu negatywnie ;) Trzymam kciuki! Ja zaczynam czytać trylogię "Millenium" Larssona, czyli nadal pozostaję w klimatach skandynawskich :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Aha Karolino, akurat Twoja noga jest sexi, wyszła długa jak u modelki : )

    OdpowiedzUsuń